Gdybym miał macicę i - związaną z jej posiadaniem - możliwość wydania na świat zdrowego potomka, nigdy bym się nie zdobył na decyzję: poród w Irlandii. Znam wprawdzie kilka osób posiadających wspomnianą instalację i będących szczęśliwymi matkami bez wizyty w Polsce, ale – ja bym jakoś nie umiał (-a).
Vaclav Havel, prezydent Czechosłowacji, już za prezydentury, miał jakieś problemy z nogą czy tam okiem. Coś mu szczykło tak uciążliwie, że polska nawet prasa doniosła. Zdziwiłem się wtedy nieco, bo pojechał na operację do Wiednia. - To już w Czechach lekarzy nie ma?! - pomyślałem. Potem zaś uznałem, że co jak co, ale podczas usypiania, przed jakąś operacją, też wolałbym słyszeć komendy niemieckie niż te podawane w języku czeskim. Człowiek zapada po prostu w głęboki sen, a jak się obudzi, to już nawet „handehoch” mu nie będzie straszne. A jak się nie obudzi, to idzie z mety do nieba.
Wizyty w kościele w Irlandii to dla mnie w większości: folklor. Nie śnię bowiem „po angielsku”, nie myślę w tym języku, wyspowiadać też zresztą bym się nie umiał (biorąc pod uwagę złożoność popełnianych grzechów i moją ich kontekstową interpretację, której nie omieszkuję przedstawiać w polskim konfesjonale...). Święcie jestem przy okazji przekonany, że „wniebogłosy” należy kierować w nativie. Bo może nie dojść.
Byłem czas jakiś temu w Kolonii Brzeźnica, kilkadziesiąt kilometrów od Bornego-Sulinowa. Borne było tylko zapleczem ukrytej w wielkopolskich lasach grozy. I ściemą przy okazji. Brzeźnica - miasto w lesie. Bunkry atomowe. Zasieki drutu kolczastego niegdyś pod prądem. Trzy „kalca” tych zasieków zresztą. Betonowe gniazda karabinów maszynowych. Są do dziś, pod Jastrowiem, sprawdźcie sami. Chyba, że zrekultywowali przez ten czas, ale wątpię.
Za grodziami o metrowym przekroju, tam na dole, po człapaniu w kląskającym pod butami smarze, przechodzić trzeba było przez cztery 80-metrowe rampy-leża dla czegoś, co było podwieszone na łańcuchach zwisających z suwnic pod stropem. Na samym końcu tego podziemnego hangaru była kanciapa, też z metrowymi w przekroju grodziami. Siedem metrów na siedem. - Nikt nie wie, co tu było, bo nawet ostrzegawcze rosyjskie napisy na ścianach dłutem do betonu zdarli... - rzekł był nadleśniczy, który mnie oprowadzał po tym bardaku, którym miał administrować w ramach funkcji w strukturze: „Lasy Państwowe”.
Dobrowolnie i na własną odpowiedzialność można zgodzić się na poród w Irlandii i na operację we Wiedniu. Można zaryzykować nawet spowiedź w j. angielskim. Konsekwencje są jasne od początku do końca. Ale analiza kopii zapisu czarnych skrzynek Tupolewa – z rosyjskiego na polski – to już kryminał. Bo polskie słowa zapisane na nich skute zostały przez te miesiące do żywego betonu. Zaszpachlowane od nowa. I nie ma nawet nadleśniczego, który by się zadziwił.
Smoleńsk to nie jest indywidualny wybór!


Komentarze
Pokaż komentarze