Kaca zdaje się miałem i łazili różni ludzie tego poranka wokoło. A każdy dlaczegoś przyczepiał się do mnie akurat, a ja nawet nie wiedziałem, ile mam kasy, bo bałem się zajrzeć do portfela po wczorajszym. A było..., poszło trochę w powietrze w Zagłobie, bo zdaje się Zbysław z Poznania akurat wizytował! A oni o poranku łazili i w kółko nawijali: a może dzieje się coś, a może tramwaj się wykoleił, a może Polak się powiesił, albo nawet sukces odniósł..., byś coś napisał!
I już tak mędzili, ale już tak ewangelicznie apokaliptycznie smęcili jeden na drugim, a wszystko nad moją głową, że złapałem za telefon, zadzwoniłem zbolałym głosem na Phoenix Park do Rezydencji, ktoś tam odebrał (nie oczekiwałem tego, lepiej, żeby było zajęte), ale jak już kobyłka u płota, to powiedziałem, że mam chęć z Panią Prezydent Republiki Irlandii się zobaczyć w cztery oczy (tu ci, co mędzili, zamilkli) i że nazywam się taki i taki i jak coś będą wiedzieć, to niech napiszą na „taki.i.taki@gmail.com”.
Ale oni na Phoenix Park nie w ciemię bici – „to ty napiszesz do nas, czego chcesz bratku, a my rozpatrzymy” – tak powiedzieli, judasze.
No to ja napisałem od razu, że puulisz-yyrysz komjunity i z powodu puulisz-yyrysz komjunity chcę się spotkać z Panią Prezydent, bo inaczej sobie państwa prawa nie wyobrażam, a i kontaktu człowieka z władzą - też nie.
Następnego dnia dostałem mejla, że mam przyjechać na Phoenix Park jutro i wyłuszczyć Pani Prezydent czego tam od niej chcę i o co mniej więcej mi się rozchodzi. Pojechałem. Na bramce już wiedzieli, przepuścili. Najpierw trochę chodziłem po tym Pałacu, potem mnie znaleźli, potem znów się zgubiłem, jakieś harcerki w końcu doprowadziły mnie, skautki mundurowe w kapeluszach, na miejsce. Siadłem.
Niczego specjalnego się nie dowiedziałem, ona jakoś na zielono-czerwono-karminowo z szalem ubrana, ja przebrany w marynarki, godzinę przy kominku gadaliśmy, ot - takie pierdoły, że Europa, wsparcie, dziś wy emigranci, ale wczoraj my, wolność, równość i braterstwo, dobry-Polak, dobry-Polak, cyknęła se ze mną parę fotek, kawę wypiłem, pierogiem jakimś irlandzkim podejrzanym poczęstowali, kaszanką z muchomora, jacyś ludzie w drzwiach zasalutowali i poszedłem w stronę, z której dobry Bóg mnie przywiał.
Tak "zdobyłem wywiad" z Mary McAleese. Jakiś czas potem, ze trzy lata potem, podczas rocznicy Powstania Wielkanocnego pod GPO ona też była: jakieś uzurpacje IRA, defilady, Sinn Fein, żołnierze, balony, takie rzeczy, przechodziłem, rzuciłem jej w twarz spojrzeniem, a ona - mi zamachała. Słowo honoru – specjalnie do mnie: spojrzała tak, z 10 metrów było, bo kto by chciał odgradzać i po co, zmarszczyła się na moment, przypomniała sobie, poznała i głową skinęła z takim uśmieszkiem zwariowanym trochę.
Pani Prezydent Irlandii Mary McAleese. Szelmutka jedna. Lubię ją!
(Tytuł inspirowany notką zdobywcy wywiadu)


Komentarze
Pokaż komentarze (14)