Zgadało się wczoraj w Salmonsiku czyli w moim local pubie ze znajomymi Irlandusami (+ jedna Szkotka) na temat narodowych charakterów, skłonności jednych narodów do małpowania innych oraz zapamiętywania i zapominania. Zapytałem ich, czy kiedykolwiek ktoś im obiecywał „drugą Amerykę” czy „drugą Anglię”. – Nam niepotrzebna była druga Ameryka w Irlandii, bo drugą Irlandię sobie budowaliśmy w Ameryce – powiedział pobłażliwie Marc i zerknął tak jakoś rozbawiony.
A tu znowu przemyślny Sheamus uprzedził moje pytanie mówiąc, że fakt, iż Irlandczycy nie mówią po irlandzku nie jest wynikiem kociarstwa (tu się na małpowanie mawia: copy-cat), nie jest wynikiem małpowania zatem, ale kilkuset lat konsekwentnej pracy katów na rzecz deirlandyzacji. I że koniec końców może i szkoda tego języka, bo sentyment i takie inne, ale z angielskim mają obecnie niezgorzej.
Tu dotarł do nas krzyk Lindy spod baru, bo wypadła na nią kolejka zamówienia i ktoś tam przy barze zaszurał do niej za bardzo czy coś, bo Salmonsik w sobotnią noc jest w formę bogaty a i w treść niebiedny, jak mawiał poeta. Tam koncert w kącie szarpidrutów, tam świętują urodziny, tam zwyczajnie chleją sobie na umór, tam śpiewają o „Dublin słynnym mieście, gdzie dziewczyny są takie piękne i gdzie spotkałem pierwszy raz Molly Malone…”. Na zewnątrz jarają ćmiki i nie wiadomo co jeszcze, a i po mordzie jak trzeba – dać są sobie gotowi.
No to dźwignął się Shaemus do Lindy, nieaktywny już rugbista, poszedł, a jak on poszedł, to nikt z nas się nie musiał ruszać, wytaszczył Lindę z kotła, coś jeszcze mruknął na końcu z czego wszyscy się roześmieli oprócz mnie, bo mruknął z zasobów jakiegoś podwórkowego powiedzonka z komiksów amerykańskich i gdzie tam mi to rozkminiać. (Coś jakby Kariokę cytować mówiącą do Tolka Banana „misiu puszysty”, kto nie oglądał za młodu, to na starość się nie nauczy).
No, ale nic, życie toczyło się dalej, więc mówię im, że w Polsce od 20 lat ciągle moda na „drugie coś” – drugą Japonię, drugą Irlandię i jeszcze było po drodze coś drugiego. – A Japonię dlaczego? – zaciekawili się, a ja z grubsza wytłumaczyłem, a oni pocmoktali „Walesa Walesa”, ale potem się zreflektowali ze śmiechem pamiętając, że przecież 100 razy mówiłem, że Bolek, a nie żaden Walesa.
- Czyli wam nie chodzi o to, żeby być jak inne narody, ale po prostu macie podświadomą tęsknotę do bycia wyspą, wy nienawidzicie swoich sąsiadów! – powiedziała Linda, czknęła i się uśmiechnęła niby to przepraszająco za swoją głupią diagnozę widząc jednocześnie mój zbaraniały wzrok. – Ty masz rację! Przed wojną chcieliśmy mieć Madagaskar, teraz słyszę: „Zielona wyspa” w Polsce, nam po prostu obrzydli sąsiedzi!
- Ale na Japończyków się nie nadajecie. Wyobrażacie sobie jakby Niemcy spuścili na Polskę dwie bomby atomowe? Co by było? Uśmiechaliby się tak jak dziś Japończycy do Amerykanów? W życiu! W karcie dań w każdej knajpie w Polsce byłby szaszłyk z Helmuta…, hehehe.
- Ale tylu jest tu Polaków, że robią w Irlandii drugą Polskę, więc wyszło na moje – mówi Linda. – Chcecie koniecznie być wyspą, a gnieciecie się na kontynencie. Nie jesteście chyba zbyt dobrymi sąsiadami dla waszych sąsiadów! I nie zwalajcie winy na innych…
Chciałem coś powiedzieć, ale mnie zakrzyczeli i wysłali do baru, bo moja kolejka wypadła…


Komentarze
Pokaż komentarze (19)