Andrzej Lepper stawiał swego czasu mocno na przekaz „niby różni już rządzili, ale tak naprawdę zawsze rządził Balcerowicz”. Mniejsza czy rzeczywiście zawsze „rządził Balcerowicz” i czy to dobrze, czy źle. Chodziło bowiem o to, że cokolwiek by się nie działo, ktokolwiek i pod jakimikolwiek hasłami nie doszedłby do władzy, to i tak realizowana była jedna polityka. Miała ona różne odcienie, ale główny kierunek był zawsze ten sam.
Marek Jurek z kolei mówiąc o imposybilizmie miał co prawda na myśli coś innego, ale w gruncie rzeczy słowo to dobrze oddaje absolutną niemożliwość nastąpienia jakiegokolwiek przełomu w polskiej polityce. I to w każdym jej wymiarze.
Polska, porywinowska scena polityczna podzieliła się na dwie, deklaratywnie prawicowe partie, z których każda stawiała, znów deklaratywnie o czym za chwilę, inne przejawy prawicowości. Obie partie po kolei skompromitowały się i obnażyły swoją niezdolność do realizowania swoich programów. Co więcej nie chodzi tu o zwykłą niezdolność do wdrażania swoich poglądów w życie – obie te partie wdrażały w życie przeciwieństwa swoich poglądów w ich fundamentalnym wymiarze.
Prawo i Sprawiedliwość nigdy nie koncentrowało się w swoim przekazie na gospodarce. W żadnej mierze podatki i inne „przyziemności” nie zaprzątały myśli polityków PiS bardziej niż stopniu minimalnie niezbędnym. Gospodarka była dla PiS w istocie obszarem traktowanym instrumentalnie w tym sensie, że gospodarka miała wspierać realizację celów wyższych, i to te wyższe cele były fundamentem polityki PiS. Gospodarka mogła być sobie wolnorynkowa, mogła być sobie sterowana centralnie, byleby tylko skuteczniej służyła tym celom. Nie bez powodu w czasach gdy autentycznie i szczerze oczekiwano koalicji PO-PiS spodziewano się, że akurat trywializmami w rodzaju podatków zajmie się Platforma.
PiS zatem, utylitarystycznie podchodząc do gospodarki, opierało swoją prawicowość o konserwatyzm światopoglądowy i kulturowy. Sceptycyzm względem lewicowo-progresywnej Unii Europejskiej był jego znakiem rozpoznawczym i absolutnym fundamentem. Wydawać by się mogło, że jakikolwiek ruch przeciwko suwerenności czy niepodległości Polski w wykonaniu PiS jest po prostu niemożliwy. Taka zdrada swoich ideałów (i wyborców) musiałaby się skończyć katastrofą tej partii.
Platforma przeciwnie. Ignorowała takie kwestie jak niepodległość czy suwerenność stwierdzając, że najważniejsza jest gospodarka. Niepodległości miało być o tyle, o ile. Za to gospodarka… tak, gospodarka głupcze! Co tam inwazja unijnej biurokracji w obszary obyczajów, religii itd. To nieważne. Ważne abyśmy mieli niskie podatki, szybką prywatyzację i ogólnie mleko i miód w rzekach. I znów, wydawać by się mogło, że jakikolwiek ruch przeciwko wolnemu rynkowi w wykonaniu Platformy jest po prostu niemożliwy. Taka zdrada swoich ideałów (i wyborców) musiałaby się skończyć katastrofą tej partii.
Wyborcy, uogólniając, mają jakieś poglądy na gospodarkę i na „kwestię niepodległości”. Jeśli wyborcy zależy i na niezależności od UE, i na niskich podatkach to ma dylemat. Musi wybrać co jest z jego punktu widzenia ważniejsze. Antyeuropejskość czy gospodarka? I z reguły coś wybierał. To właśnie wyznawcy takiego zespołu poglądów przepływają między PO-PiSem. Ci którzy są za centralizacją gospodarki i niepodległością od PiSu nie odejdą nigdy. Ci, którzy są proeuropejscy i wolnorynkowi zostaną zaś na zawsze przy Platformie.
Pytanie zasadnicze brzmi: dlaczego? Co jeszcze musi się stać, aby Platformersko-Pisowski oligopol trafił szlag?
Oto bowiem najpierw negocjując fatalny w skutkach Traktat Lizboński, a następnie podpisując go ręką ŚP prezydenta Kaczyńskiego PiS porzuciło swój fundament. Poszło w kierunku przeciwnym od deklarowanego. Wszyscy pamiętamy konsternację jaka zapanowała wówczas w PiS-ie. Naprędce i na siłę wymyślane tłumaczenia uzasadniające, że nic takiego się nie stało.
Platforma w ostatnich tygodniach natomiast przekracza swój rubikon. Cokolwiek by nie zrobiła w kwestiach niegospodarczych to jej wyborcy powinni jej wybaczyć. Ale podnosić podatki? To dla wielu wyborców PO dramat i rzecz zupełnie niepojęta. Teraz także można usłyszeć pseudo-argumenty pokazujące, że nic takiego się nie stało.
I oto dochodzimy do wspomnianego imposybilizmu i to w dwóch wymiarach.
Po pierwsze nie ma chyba takiej możliwości aby oligopol w najbliższym czasie się rozleciał . Obie partie mogą swoimi wyborcami pomiatać i ignorować ich oczekiwania. Obie partie wiedzą, że w swoim zadurzeniu wyborcy ci prędzej wymyślą sto idiotycznym powodów, którymi można uzasadnić fatalne działania ich partii, niż tę partię opuszczą. Po co w takim razie obu partiom stratedzy od przekazu medialnego? Nie mam pojęcia, bo w gruncie rzeczy wystarczy, że podejmą jakąkolwiek, nawet najgłupszą decyzję, i przez dwa dni wsłuchają się w komentarze swoich wyznawców. Potem wystarczy wyprodukowane przez nich linie obrony wzmacniać.
Po drugie ktokolwiek by nie rządził i pod jakimikolwiek hasłami nie doszedłby do władzy zawsze kończy się tak samo. Rządzi eurobiurokracja i Magdalena Środa. Jeśli lewacka jaczejka wymyśli obowiązek (albo zakaz) robienia czy noszenia czegoś-tam, to jak w banku w horyzoncie roku-dwóch wjedzie to w życie (vide casusu parytetów i inne). Bez względu na nazwę rządzącej partii jak w banku mamy również rosnące podatki (w długim terminie, bo na rok czy dwa to każdy może się sprężyć, żeby pokazać, że podatki obniża). Jednocześnie nie ma takiej siły, która byłaby zdolna (czy w ogóle chciałaby) deregulować rynek czy istotnie ciąć wydatki budżetowe.
Politycy PO-PiSu i ich wyznawcy zajmują się jakimiś błahostkami w rodzaju krzyża stojącego tu czy tam, „debatą” między Giżyńskim i Palikotem, reklamą piwa wiszącą tu czy tam… Dziennikarze, publicyści (zawodowcy i amatorzy) zaś zamiast olać totalnie te „tematy” robią z nich czołówki. A tymczasem nadal kręcimy się tak w błędnym kole niemożności realnego działania. Titanic niechybnie zmierza w kierunku lodowej góry. Czekam więc aż świat stanie z głowy na nogi, bo póki co to na łbie stoimy aż się niedobrze robi.
Więcej o przejawach tego stania na głowie jutro.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)