Zacznę nietypowo, bo od dygresji, i mam nadzieję, że nie zanudzę nią czytelników od samego początku. Otóż wbrew pozorom rządzące światem prawidła nie są zbyt skomplikowane. Owszem, żyje sobie jednak na Ziemi całkiem spora grupa ludzi, którzy celowo te prawidła komplikują, bo mają w tym konkretny interes. Jak myślicie, czy doradcy podatkowemu zależy na prostym, czy skomplikowanym systemie podatkowym? Do tej samej kategorii lobby pro-komplikującego można zaliczyć np. prawników czy polityków, zwłaszcza lewicowych. Ci ostatni na ten przykład tworzą nowe „prawa” mówiące, że – powiedzmy - „każdy ma prawo do wyleczenie go z raka”. No i „prawo” to wytrzymuje konfrontację z rzeczywistością dopóki, dopóty choruje jeden na milion. Gdy zachoruje jeden na dziesięciu to „prawo” to zostanie usunięte przez Prawo. Czyli przez Rzeczywistość Rzeczywistą. „Prawo do wyleczenia z raka” natomiast jest elementem Rzeczywistości Wirtualnej. Koniec dygresji. Jeśli ktoś nie zasnął, to jedziemy dalej.
Jak to się ma do istoty długu publicznego? Ano tak…
Pieniądz jako taki jest elementem Rzeczywistość Wirtualnej (RW). Jest on odpowiednikiem pracy, pomysłowości, czasu czy środków niezbędnych do wyprodukowania jakiegoś dobra. To właśnie te rzeczysą Rzeczywistością Rzeczywistą (RR). Pieniądze zatem jako takie nie istnieją (istnieją tylko jako umowny element RW). Pieniądz to wymysł mający ułatwić życie ludziom, ale jak to bywa w przyrodzie, nożem można pokroić chleb lub/i zarżnąć człowieka. Pieniądz zatem to nie tylko ułatwienie, ale i „narzędzie zbrodni”.
Jeśli ktoś nie pojmuje, to zaraz wyjaśniam.
Jeśli piekarz produkuje miesięcznie 100 bochenków chleba, a szewc szyje 5 par butów (załóżmy, że pracują tak samo ciężko i potrzebują do pracy takich samych sił, środków i pomysłowości) to sprawa jest jasna. Za 1 parę butów można tedy otrzymać 20 chlebów. Nie inaczej.
Możemy się umówić, że para butów będzie kosztować 20 zł, a bochen chleba 1 zł. Możemy się umówić, że buty=1480 zł, a chleb=74 zł. Ale zawsze wg tego parytetu. Ten parytet może być zmieniony wyłącznie wtedy, gdy szewc lub piekarz zwiększy wydajność. A to przez innowacje technologiczne, a to przez dłuższą/cięższą pracę. Gdy obaj zwiększą wydajność w tym samym stopniu parytet zostanie utrzymany.
Do tego momentu RW=RR.
Jeśli ktoś nie pojmuje, to niech nie czyta dalej, bo oznacza to, że jest durniem.
Teraz na ten wolny rynek (tfu, a kysz!) wkracza państwo, które w komplikowaniu RR (i zamienianiu jej na RW) widzi własny biznes. Stwierdza owo państwo, że „to skandal aby człowieka nie było stać na chleb! Szewcowi należy się co najmniej 40 bochenków miesięcznie, bo umrze z głodu!”. Szewc się cieszy, bo jest z czego. Państwo zmusza piekarza do cięższej pracy, bo to skandal żeby parytet był jaki jest. 20/1? To nie do przyjęcia. Zmuszenie to odbywa się poprzez darowanie szewcowi dodatkowych pieniążków-RW (wydrukowanych rzecz jasna). Teraz, by kupić buty, piekarz musi wyprodukować 2 razy więcej chleba.
Państwo sztucznie zmienia parytet na 40/1 (więcej chleba za buty). RW zaczyna rozmijać się z RR. Nota bene, RR zawsze o sobie przypomni i sprowadzi RW na glebę. Czasami po minucie, czasami po 10 latach, ale zawsze. Takie urealnienie sytuacji politycy nazywają „kryzysami”.
Czy istnieje jakiś dług? Czy ktoś komuś jest winien jakieś pieniądze? I tak, i nie.
Wyobraźmy sobie, że jest nie tylko więcej szewców i piekarzy, ale są i lekarze, budowlańcy i ogrodnicy. Państwo zobowiązuje ogrodnika względem piekarza, piekarza względem szewca, szewca względem lekarza, lekarza względem budowlańca, budowlańca względem ogrodnika. Kółko się zamyka. Nie jest naturalnie tak, że wszystkie te zobowiązania się zerują. Ktoś ma ich mniej, ktoś więcej. Ale w przyrodzie nie ginie nic.
Dopowiem na marginesie kolejny element układanki. Państwo emituje obligacje obiecując obywatelom odsetki. Obywatel myśli, że będzie do przodu i kupuje obligacje. Państwo wypłaca mu później odsetki. Zgadnijcie skąd państwo bierze pieniądze na owe odsetki? Podpowiedzieć? A ten słynny dług publiczny to głównie obligacje, w znacznej mierze skupowane przez obywateli (żadnych tam „onych”!) m.in. poprzez obowiązkowe OFE. Fajnie?
Dług publiczny jest zatem nierealny (bo to pieniądze z RW), ale realny, bo stanowi konkretne zobowiązania.
Patrząc międzypokoleniowo „wymyśliliśmy” sobie ten dług, odłożyliśmy go na kupkę, do której wciąż dorzucamy kolejne kwoty. Wymyśliliśmy sobie, że np. „należą nam się” emerytury i opieka medyczna na starość, i że warte są one na dziś powiedzmy 500 mld zł. I oczekujemy, że przyszłe pokolenia będą to respektować i spłacą dług już nie wirtualnym ekwiwalentem, a realną pracą. A przyszłe pokolenia albo będą go respektować (realnie spłacą wirtualny dług) albo nie będą (wtedy spłacimy go my sami). Oszukaliśmy więc nasze dzieci, lub sami siebie.
Pytanie*: „Może mi ktoś wyjaśni kto dokładnie ma weksle na nasze 800 mld. I dlaczego mam mu płacić.”
Odpowiedź,już nie między pokoleniowo, a naszo-pokoleniowo: My! My je mamy! I możemy ich nie płacić pod warunkiem, że urealnimy zobowiązania!
Szewc może nie płacić swoją pracą lekarzowi, ale pod warunkiem, że uzna, że nic nie jest mu winien piekarz!I tak dalej…
Jeśli szewc tego nie uzna, to będzie to równoznaczne z międzypokoleniowym przesunięciem długu. Pytanie tylko czy nasze dzieci – potraktowane przez nas w ten sposób – w ogóle będą chciały nas spłacać. Bo niby dlaczego by miały?
Co to oznacza? Ano to, że przyznamy przed samymi sobą, że nie ma czegoś takiego jak „prawo do wyleczenia raka”, „prawo do edukacji”. Nie ma też „prawa do pary butów za 40 chlebów”, bo para butów w RR = 20 chlebów!
Oznacza to, że zaczniemy spłacać dług publiczny wtedy, gdy przyznamy, że nie przysługują nam „z mocy prawa” żadne szkoły czy szpitale. Przysługują one tylko tym, którzy dysponują ekwiwalentem! Czyli Pieniądzem z RR.
Moment, w którym wspomniany szewc przyjmie do wiadomości, że za parę butów dostanie 20 chlebów, a nie 40 (chyba, że zacznie harować 2xciężęj), będzie momentem, w którym dokona on spłaty długu publicznego. Tej swojej części rzecz jasna.
Jeśli ktoś nie pojmuje, to cóż mogę począć? Mogę współczuć.
Zakończę tak jak zacząłem, dygresją.
Dług publiczny wielu utożsamia z długiem wobec jakichś „onych”. Najczęściej z długiem zagranicznym, który jest o prawda zaliczany jako element długu publicznego, ale nie jest z nim tożsamy. Rzekomo możemy „onym” tego długu nie oddać, bo niby co nam za to zrobią? Obrażą się? Napadną?
Rzecz w tym, że dług zagraniczny (na który faktycznie od biedy można się wypiąć, bo najwyżej nam wierzyciele nie pożyczą kolejnej kasy) to zupełni inna para, nomen-omen, butów. To pieniądze pożyczone z zewnątrz naszego obiegu (od jakichś Żydów czy Chińczyków), czyli pożyczony ekwiwalent ich pracy. Nie naszej. Tego ekwiwalentu możemy nie oddać, jeśli będziemy mieli odpowiedni tupet, a wierzyciel będzie zbyt słaby, żeby go wyegzekwować siłą.
Natomiast publiczny dług wewnętrzny… cóż, jako się rzekło, jak ktoś nie pojął, to trudno.
ps
* Pytanie Tadka, sensowane skądinąd, zadane do poprzedniej mojej notki.


Komentarze
Pokaż komentarze (14)