Toczy się nierozstrzygalny, przepraszam za tę nowomowę, „dyskurs publiczny”, co zrobić, i czy w ogóle coś zrobić z OFE/ZUS. W dyskursie owym pojawiają się postulaty „skrajnie liberalne” jak na przykład ten aby pozwolić ludziom „wybrać”, czy chcą odprowadzać składkę „ubezpieczeniową” do ZUS czy do OFE. Cóż na to można powiedzieć? A czy skrajnie liberalnym byłoby danie wyboru kobiecie (mężczyźnie zresztą też) wyboru czy chce być gwałcona wieczorem czy z rana? To drastyczne porównanie pokazuje, ma nadzieję, że pokazuje, na jakim odlocie toczy się cała dyskusja. A toczy się ona na odlocie skrajnie (tu już bez cudzysłowu) populistycznym. Co więcej, na tym samym poziomie toczą się dyskusje o każdym, literalnie każdym, „problemie społecznym”. Edukacji, żłobkach, leczeniu zgagi, wojsku, dowodach osobistych, polityce zagranicznej, ograniczeń prędkości na drogach, kaskach dla narciarzy etc.
Trzeba bowiem zdawać sobie sprawę z tego, że wszystkie te dyskusje polegają na debatowaniu o przelewaniu z pustego w próżne. W istocie za każdym razem omawiamy ów wybór pory nieuchronnego gwałtu.Pisząca całkiem serio – gwałtu na naszej wolności.Opcja „nie chcę być gwałcony/a w ogóle” jest po prostu niedostępna jako demagogiczna. Pomagają temu opary populizmu, który wsparty politpoprawnością nie pozwala uczciwie postawić szeregu tematów. Znajdźcie mi na przykład jednego liczącego się, już nawet nie polityka, a celebrytę, dziennikarza, ekonomistę etc , który podważyłby sensowność dowolnego z poniższych zdań:
- każdy powinien mieć gdzie mieszkać; to jest najważniejsze bo bez tego nie ma mowy o całej reszcie,
- każdy powinien mieć co jeść; to jest najważniejsze z tych samych powodów,
- edukacja jest najważniejsza, bo od tego zależy nasza przyszłość,
- zdrowie obywateli jest najważniejsze, bo… bo wiadomo dlaczego, zdrowie nie jest przecież towarem lecz prawem,
- najważniejsza jest nauka, bo tylko ona gwarantuje rozwój,
- najważniejsza jest infrastruktura, bo bez niej nawet zdrowi, najmądrzejsi i najedzeni ludzie nic nie zrobią
- niepodległość jest najważniejsza, bo co na po całej reszcie w niewoli…
I tak dalej, i temu podobne. Powyższe ma co najmniej dwie konotacje. Pierwsza to taka, że skoro wszystko jest tak super-ważne, to podołać temu może jedyna plenipotentna instytucja, czyli państwo. I tutaj zaczyna się kolejna warstwa populizmu, bo pierwszą jest już sama teza o wyższości państwa nad nie-państwem. Ale idźmy dalej.
Okazuje się bowiem, że wszystko jest najważniejsze. Każdy średnio rozgarnięty człowiek wie, że nie może być tak, że najważniejsze jest wszystko. Ale nic to. Dziś logika polityki się nie ima. Najważniejsze jest wszystko, a najnajważniejsze jest to o co akurat pyta dziennikarz/wyborca. I tu pojawia się konotacja numer dwa, czyli efekt krótkiej kołdry. Polityk zawsze obieca więcej niż może. Zawsze obieca, że da nam usługi warte 200zł, mimo że zabierze nam nie więcej niż 100zł podatków (na dodatek zabierze je nie nam, tylko sąsiadowi). I stąd bierze się, choć to odrębna sprawa, dług publiczny, który jest niczym innym niż wystawianymi bez pokrycia obietnicami polityków.
Dlaczego zatem twierdzę, że wszyscy (prawie) jesteśmy populistami, a nie wyłącznie obiecujący gruszki na wierzbie politycy? Ano dlatego, że my (prawie wszyscy) w te gruszki wierzymy. Co więcej i co gorsza chcemy w nie wierzyć. Mało tego, nie dość, że w nie wierzymy to jeszcze traktujemy je całkiem serio! Przeciętny (i nieprzeciętny chyba też) Polak na serio oczekuje, że polityk mu te 200 zł odda. Nie wnika bynajmniej skąd. A jak ktoś powie Polakowi, że nie odda bo to wszystko był humbug, to zaraz będzie, że „złodzieje” i takie tam. Złodzieje to i owszem w polityce są (za darmo w końcu nas nie okłamują) ale bez przesady. Wszystkich tych setek miliardów z długu publicznego nie ukradli. Co najwyżej część, i to mniejszą. Większa część to nadal niepokryte obietnice.
A jak już znajdzie się jeden na milion, który uczciwie powie co i jak, to dostanie najwyżej kilka głosów poparcia. Pewnie swój i swojej rodziny. Reszta oceni go jako bezdusznego potwora.
Niech więc każdy kto usłyszy od polityka, że sprawa X jest najważniejsza, zada sobie (politykowi nie ma sensu – nie odpowie) pytanie „a jakim kosztem?”. Kosztem jakich innych, też najważniejszych spraw ma być ona najważniejsza? I niech potem nie leci do ministra krzyczeć, że jest dziura w drodze, skoro dzień wcześniej krzyczał na niego, że dentysta musi być „za darmo”. Polityk przecież dysponuje kasą tylko na jedno lub drugie. A że obiecał, że załatwi i jedno, i drugie? No cóż. To się nazywa dług publiczny. Trzeba było nie wierzyć. Jak ja czytelnikowi owej notki obiecam, że za wykupienie losu za 2zł wypłacę mu nagrodzę 10tys zł to mi uwierzy?
Przede wszystkim zaś niech każdy powie sobie sam uczciwie, że towarem jest wszystko. Drogi, leczenie i edukacja też.
PS
Przed chwilą usłyszałem, że wzorzec aparatczyka z Sevres, towarzysz Napieralski, prześcignął w rankingu zaufania społecznego towarzysza Tuska (czyli wzorzec pijarowca z Sevres). Cała notka więc chyba trafi w próżnię. Życie…
PS2
A do wolnościowców dwa zdania: niektórzy może i szczerze myślą, że towarem jest wszystko, ale boją się o tym głośno mówić, bo brakuje im na to argumentów (także retorycznych). Pomagajcie więc każdemu budować taką argumentację, bo tylko wtedy uczciwe stawianie różnych spraw ma jakąkolwiek możliwość się przebić.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)