Krzysztof Osiejuk
Posłuchaj, to do Ciebie
139 obserwujących
1440 notek
4758k odsłon
  2866   0

Czy nasi patrioci pozwolą Kaczyńskiemu jechać do Londynu?

     Swój najnowszy felieton do „Warszawskiej Gazety”, który tutaj zadebiutuje dopiero w niedzielę wieczorem, kiedy już wrócę do domu z Targów Wydawców Katolickich, które od wczoraj trwają w Warszawie, oparłem na następującej myśli: „Jak wiemy, zbliża się cała seria wyborów, zaczynając od Europy, a kończąc na polskim parlamencie i każdy rozgarnięty Polak wie, że jeśli owych wyborów nie wygra Prawo i Sprawiedliwość, całe nasze polityczne zaangażowanie możemy wrzucić do przegródki z napisem ‘historia zidiocenia’”. Skąd ten dramatyzm? Otóż nie trzeba być szczególnie bystrym obserwatorem, żeby zauważyć, że tak jak przed każdymi kolejnymi wyborami, w tak zwanym obozie patriotyczno-prawicowym pojawiają się propozycje, by jednak na PiS nie głosować, bo oni tak naprawdę niczym się nie różnią od komunistów i liberałów, a sam Jarosław Kaczyński również nie jest w niczym lepszy od choćby i Donalda Tuska. Skąd ta teza? Ano choćby stąd, że on, podobnie jak cała reszta tych zdrajców, poparł właśnie ukraińskich nacjonalistów spod znaku tryzuba.

      I to uważam za zjawisko tak ciekawe, że czuje się w obowiązku sprawie poświęcić praktycznie w całości niniejszą notke. Bo zastanówmy się, co się dzieje. Ja oczywiście nie prowadziłem żadnych statystyk, ale mam wrażenie, że tak zwany „argument ukraiński” używany był przy każdej możliwej okazji, jeśli tylko celem było doprowadzenie do tego, by Jarosław Kaczyński, czy to jako prezes Prawa i Sprawiedliwości, czy kiedyś jeszcze Porozumienia Centrum, przegrał najbliższe wybory. Intensywność tych emocji robi niekiedy takie wrażenie, że gdybym miał swoje przekonanie o tym, że spiski rządzą światem, doprowadzić do granic rozsądku, mógłbym wręcz zasugerować, że cała ta rusko-ukraińska niby wojna została sfabrykowana przez System po to tylko, by zmusić Kaczyńskiego do zabrania głosu za Ukrainą i w ten sposób obniżyć jego szanse w najbliższych wyborach.
      Myślę, że wszyscy pamiętamy, jak jeszcze przed kwietniem 2010 roku, przy okazji rocznicy obchodów rocznicy rzezi na Wołyniu, ksiądz Isakowicz-Zaleski wydał oficjalne oświadczenie, w którym zadeklarował, że on ze względu na postawę Lecha Kaczyńskiego wobec tamtej tragedii, nigdy już na niego nie zagłosuje, a my dziś możemy owemu wybitnemu księdzu tylko oddać sprawiedliwość i pochwalić, że rzeczywiście dotrzymał słowa i na Lecha Kaczyńskiego nie zagłosował. Dziś podobnie, niemal z każdej strony – w tym i z ust wspomnianego księdza Zaleskiego – słyszymy podobne zapowiedzi w stosunku do Jarosława, a ja nie mogę przestać myśleć, że jest naprawdę duża szansa, że i tym razem im wszystkim uda się nie skłamać.
      Ten Wołyń, ten Bandera, ci wszyscy Ukraińcy, jak Pismo Święte recytujący wiersze poety Szewczenki, te wspomnienia ludzi, którzy ocaleli z tamtej strasznej rzezi, te zdjęcia rozprutych brzuchów kobiet, przepiłowanych piłami mężczyzn, dzieci poprzywiązywanych drutem kolczastym do drzew w parkowej alei… no i to nasze pragnienie, by Ukraina wreszcie odpowiedziała za nasze krzywdy. Bo nie oszukujmy się – tu nawet już nie chodzi o to głupie „przepraszamy”. Tu najwyraźniej chodzi tylko o to, by tak nakręcić emocje, by każdy polski patriota – a najlepiej w ogóle każdy Polak – wiedział, jaka to banda morderców ci Ukraińcy, i jaki z tego Kaczyńskiego cynik. Proszę sobie wyobrazić, że wśród moich znajomych jest człowiek, którego nienawiść do PiS-u i nazwisk takich jak Kaczyński, Rydzyk, czy Macierewicz jest wręcz karykaturalna i bez poruszania tematu Ukrainy, ale jeśli dziś przekracza już wszelkie możliwe granice, to właśnie przez to, że Kaczyński popiera potomków dawnych wołyńskich katów.
      Ten blog nigdy nie miał i nie ma ambicji historycznych. Na historii – czy to polskiej, czy jakiejkolwiek innej – się nie znam i już nigdy pewnie znać nie będę. Zresztą, niechby tylko przez to, że te moje niedostatki znakomicie wynagradza pisarstwo mojego kolegi Gabriela Maciejewskiego, nie mam z tym większych problemów, tak się jednak składa, że choćby ze względów zawodowych troszeczkę się swego czasu poduczyłem, gdy idzie o historię Anglii. O co mi chodzi? Otóż przy całym szacunku dla naszych narodowych emocji, do emocji ludzi, dla których relacje polsko-ukraińskie nie są kwestią wyłącznie narodową, lecz także osobistą, przy całym moim wzruszeniu, jakie czuję, kiedy trafiam na kolejne relacje z tamtego strasznego okresu, chciałbym zwrócić uwagę, że tego zła wcale nie wymyślili Ukraińcy; co więcej, zło, które nas tak bardzo dziś determinuje, wydaje się być naprawdę niczym, jeśli je choćby zestawić z tym, co w swojej historii czynili Anglicy. I to nie przez głupie parę lat walki o jakąś urojoną wolność, ale przez owych lat kilkaset. I nie mówimy też o okrucieństwie charakterystycznym dla band jakichś dzikusów z lasu, ale przez ludzi często najszlachetniej urodzonych, i wcale nie w jakiejś chorej desperacji, ale w ramach starannie opracowanego przez bardzo dobrze wykształconych polityków i prawników.
     Niektórzy z nas pewnie pamiętają, jak 22 listopada 1987 roku papież Jan Paweł II beatyfikował 85 angielskich i walijskich męczenników za wiarę. Czy my sobie może wyobrażamy, że oni wszyscy zostali powieszeni, rozstrzelani, albo ścięci? Wolne żarty. Im została zadana śmierć nie, jak mówię, przez jakichś zbirów z czarnymi podniebieniami, ale na podstawie prawa napisanego ku chwale Anglii, jej króla i jej kościoła. I tam nikt nie umierał przerżnięty zaledwie piłą, a jeśli był patroszony, to owa procedura nie trwała parę minut, ale znacznie, znacznie dłużej.
      Oto opis śmierci żadnego z tych świętych ludzi – trochę po to, by pokazać, że tam panowała pełna demokracja, a trochę, by nie budzić specjalnych emocji związanych ze dręczeniem niewinnych – nawet nie kogoś, kogo możemy szczególnie mocno żałować, ale wręcz przeciwnie – kogoś o kim trudno byłoby nam wypowiedzieć choćby jedno dobre słowo, czyli wyjątkowo paskudnego człowieka nazwiskiem Hugh Despenser, który jeszcze przed rozpoczęciem procesu, wiedząc, co go czeka, próbował się zagłodzić na śmierć, jednak bez efektu. Proces się odbył, a nieszczęsny Despenser, jako zdrajca i złodziej, został uznany winnym i skazany na publiczną egzekucję przez powieszenie za kradzież, na rozciągnięcie i poćwiartowanie za zdradę, oraz dodatkowo na wypatroszenie za to, że “doprowadził do niezgody między Królem a Królową”, no i na sam koniec ścięcie za to, że powrócił do Anglii po skazaniu go na banicję. Taką karę zarządził królewski sąd w Anglii, a która to kara ostatecznie została zdelegalizowana dopiero w XIX wieku.
      Natychmiast po ogłoszeniu wyroku, Despenser został zawleczony przez cztery konie na miejsce egzekucji, gdzie już czekał na niego wielki ogień. Został rozebrany do naga, a na jego skórze wyryto wersy z Biblii oskarżające go o grzech i arogancję. Następnie powieszono go za szyję na piętnastometrowej szubienicy, na tyle jednak rozważnie, by, gdy już umierał przez uduszenie, go odciąć.
     Następnie przywiązano Despensera do specjalnie na tę okazję przygotowanej  drabiny i na oczach rozradowanego tłumu wycięto mu genitalia i wrzucono do ognia. Następnie, wciąż zachowującemu pełną świadomość Despenserowi, bardzo powoli wyjęto wnętrzności, które wraz z sercem również wrzucono do ognia. Jak zapisano w relacjach świadków, tuż przed śmiercią Despensera, ku jeszcze większej radości i rozbawieniu widzów, dało się słyszeć “straszliwe, nieludzkie wycie”.  Na koniec, odcięto Despenserowi głowę, całe ciało podzielono na cztery części, a głową udekorowano bramę Londynu. 
     Chciałbym jeszcze raz podkreślić, że to co Anglicy – nie Ukraińcy – zrobili z Despenserem, nie stanowiło osobnego wybryku, nie było czymś wyjątkowym, powodowanym wyjątkowością czasów. Kara nosząca nazwę „powieszenia, rozciągnięcia i poćwiartowania”, była oryginalnym angielskim wynalazkiem, która służyła Koronie przez długie wieki, i którą Anglicy do dziś wspominają z prawdziwym rozrzewnieniem, o czym może choćby świadczyć nazwa popularnego londyńskiego pubu – „The Hung, Drawn & Quartered”.
      Cała historia Anglii jest zbudowana na okrucieństwie wręcz niewyobrażalnym, okrucieństwie, co warto powtarzać, usankcjonowanym na każdym możliwym poziomie organizacji państwa i społeczeństwa, poczynając od kary chłosty w angielskich szkołach – nie chłosty takiej, jak sobie możemy w naszej naiwności wyobrażać, jako zwykłe lanie, ale chłosty z prawdziwą krwią i prawdziwymi, całymi tygodniami gojącymi się ranami – a kończąc na tym, jak Anglicy traktowali mieszkańców terenów, którym przyszło się stać Imperium. I przepraszam bardzo, ale dlaczego Jarosławowi Kaczyńskiemu nie wolno wspierać niepodległościowych dążeń Ukraińców, natomiast nikomu nic nie przeszkadza nasza dzisiejsza przyjaźń polsko-brytyjska? Bo co? Chodzi o to, że Anglicy robili krzywdę mieszkańcom Karaibów, a nie nam Polakom, a Ukraińcy owszem? A może chodzi o to, że Ukraińcy to dzicz, a Anglicy to sami lordowie? Naprawdę, chętnie bym usłyszał, co na ten temat ma do powiedzenia ksiądz Isakowicz-Zaleski.
      A może jednak chodzi o to, że Ukraińcy nie chcą za swoją historię przeprosić, a Anglicy do przeprosin aż się garną? Może tak? Może to w tym rzecz? Może rzeczywiście Kościół Anglikański bardzo przeprosił nas katolików za niejakiego Richarda Topcliffe’a, który wyrywając serce wciąż modlącemu się księdzu, krzyczał wściekły, że „trzymam jego serce w dłoni, a on wciąż się modli”? Czy ja może czegoś nie wiem? A za Elżbietę I, która go zatrudniała, też przeprosił?
     Ktoś mnie zapyta, o co mi chodzi. Czy ja może sugeruję, że nasze emocje powinny się rozkładać bardziej sprawiedliwie? Czy może chodzi o to, że ja uważam, że my, jako dobrzy katolicy, powinniśmy zacząć bojkotować Anglików z tym ich nieszczęsnym kościołem? A może ja bym chciał, żebyśmy wszystkim wszystko wybaczyli, bo świat ma wiele odcieni i wśród nich czerń często dominuje? Otóż nic z tego. Ten tekst powstał tylko w jednym celu: żeby obnażyć pewien szczególny rodzaj fałszu, który, nawet jeśli nie wynika ze złej woli, to z całą pewnością z krańcowej głupoty, i dziś, a więc czasach wcale niełatwych, wyłącznie szkodzi.
 
Jutro z samego rana wsiadam w pociąg do Warszawy i od mniej więcej południa będę w ramach Targów Wydawców Katolickich na stoisku Coryllusa spotykał się z każdym, kto na takie spotkanie mieć będzie ochotę. Podobnie w niedzielę, będę do dyspozycji, tyle że już od samego początku do końca. Już nie mogę się doczekać.
Lubię to! Skomentuj51 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura