Z onetowskiego miejsca zarezerwowanego dla tak zwanych blogów o wszystkim i o niczym, przeniosłem się tu, do salonu, a wywiała mnie stamtąd językowa gangrena.
Kiedy zaglądałem do komentarzy pod tekstami, ogarniała mnie zgroza: zaczęło pojawiać się robactwo, a stężenie językowejgłupty osiąnęło pułap mojej wytrzymałości.
Proces upadku i słowotwórczego schamienia rozpoczął się od żartobliwej pioseneczki śpiewać każdy może. Było to stwierdzenie odważne i jak na tamte czasy – rewolucyjne. Prawie prekursorskie. Niemal wieszcze. Bo mówiło ni mniej, ni więcej to: pitolić może każdy z was.
Zaczęło się od piosenki, wkrótce jednak okazało się, że nie tylko wydzierać się upojnie można, ale i pisać, ale i wypowiadać się głosem czarownie skrzekliwym pora nadejszła.
Jak kraj duży i w gamoni obfity, zaczęło się pospolite ruszenie ludzi znających trzy słowa na krzyż. Kużden ćwok i kużden łyk uznali zgodnie, że co to takiego mieć rację. A że tam komu z gęby słoma zamiast zdań wychodzi, to i cóż? Demokracja je i szlus.
Marcel Proust, opisując zmiany zachodzące w czasie swojej odchodzącej młodości, napisał: zmiany uwidocznione nadciągającą starością, mówił: rozkręcone albo połamane sprężyny mechanizmu odpychającego przestały funkcjonować, przedostawały się tu tysiące ciał obcych, odbierając temu środowisku wszelką homogeniczność, charakter, barwę. Faubourg Saint - Germain, niby stara zramolała matrona, odpowiadało już tylko lękliwymi uśmiechami bezczelnym lokajom, którzy pchali się na salony, pili oranżadę i przedstawiali swoje metresy (Czas odnaleziony PIW 1979 str 928).
Komentarze
Pokaż komentarze