22 obserwujących
403 notki
212k odsłon
  133   0

Nauczanie - nie tylko historii Polski

Andrzej Owsiński

Nauczanie nie tylko historii Polski

Ciągle aktualna jest dyskusja, czym ma być nauczanie polskiej historii w szkołach podstawowych i średnich. Wskazuje się jako cel nadrzędny obiektywność tej wiedzy podobnie jak ma to miejsce w odniesieniu do nauk przyrodniczych.

Ktoś, kto tego żąda, popełnia błąd zasadniczy, gdyż obiektywna wiedza w odniesieniu do nauki przedmiotów kultury nie istnieje, istnieją jedynie fakty bardzo różnie interpretowane. Jeżeli zadaniem szkoły jest wykształcenie ludzi zdolnych do samodzielnego myślenia, to podanie im jak najszerszego spektrum interpretacji historycznych zdarzeń lub dorobku kultury stwarza warunki dla realizacji tego celu.

Jest wszakże jeden warunek od którego nie można odstąpić, a mianowicie wszelkiego rodzaju nauczanie dzieci i młodzieży o kraju ojczystym, polskim narodzie i jego kulturze powinno być nacechowane uczuciem głębokich związków emocjonalnych, zwanych potocznie patriotyzmem.

I nie chodzi tu o anglosaską zasadę: „right or wrong – my country”, ale o przywiązanie do tych idei, które nas łączą w polski naród.

Stąd wymagane jest uwypuklenie wszystkich objawów poświęcenia i ofiar złożonych na rzecz naszej wspólnoty narodowej i potępienie zdrady, a nawet postawy obojętności wobec polskich spraw.

Na tym tle drugorzędne znaczenie mają poglądy czy wyznania bohaterów naszej historii, istotne jest znaczenie faktów i okoliczności im towarzyszących. Dla biegu naszych dziejów i dla naszych współczesnych losów znaczenie mają czyny poszczególnych osób lub możliwych do wyodrębnienia grup ludzkich. W wielu przypadkach nie mieliśmy żadnego wpływu na to co się z nami działo.

Pozwalamy na zbyt wiele w poszukiwaniu naszej, własnej winy w największych nieszczęściach dziejowych jakie nas spotkały, choćby w rozbiorach i klęsce w 1939 roku. A przecież w obu przypadkach natrafiliśmy na grabieżcze siły wielokrotnie przeważające nasze możliwości obronne.

Współczesne doświadczenia z sąsiedztwa niemiecko-rosyjskiego potwierdzają stałe istnienie zagrożenia naszego bytu państwowego, a nawet narodowego. W tych okolicznościach w Polsce w znacznie większym stopniu wymagane jest wychowanie młodych pokoleń w duchu obrony przed zagrożeniem wszelkiego rodzaju. Wprawdzie udało się nam ocaleć z przemocy sowieckiej, ale z bolesnymi i dotąd nie zaleczonymi ranami. Najlepiej świadczy o tym przegląd polskiej sceny politycznej, rzekomo reprezentującej naród. Do dziś nie możemy doczekać się czynnego udziału w życiu politycznym ponad połowy Polaków. Ludzie po prostu nie wierzą, że państwo, które ich reprezentuje, jest ich państwem. Traktują je jako coś w rodzaju PRL, nieco przekształconego, ale stanowiącego ciągle własność nielicznej, uprzywilejowanej grupy spadkobierców „właścicieli Polski ludowej”.

Zapisane jest to zresztą w stosowanej współcześnie jego konstytucji. Paradoksalnie, ale obecny rząd i prezydent są w znacznym stopniu w opozycji do tej formuły państwa.

Natomiast to, co nosi miano „opozycji”, uważa siebie za jedynie uprawnionych do sprawowania władzy i reprezentacji tego państwa. Są to bowiem bezpośredni uczestnicy, lub ich spadkobiercy, przemian ustrojowych dokonanych w 1989 roku, Z przebiegu wypadków, a szczególnie sposobu ich organizacji wynikało, że nowa formuła władzy zawierała warunek jej utrzymywania wyłącznie w gronie zawierających umowę.

Stronami w tej umowie, a raczej zmowie, były:

- Jaruzelsko-Kiszczakowska frakcja władz PZPR,

- fragment „demokratycznej opozycji”, wywodzący się z kół reżymowych z Michnikiem, Kuroniem i Mazowieckim na czele.

Powszechna informacja o udziale „Solidarności” jako strony porozumienia nie była prawdziwa, ze względu na fakt, że ponowna jej rejestracja nie stanowiła przywrócenia do funkcjonowania zlikwidowanej w stanie wojennym, ale powstanie całkowicie nowej z innymi władzami. Tylko udział Lecha Wałęsy jako prezesa miał imitować oryginalną „Solidarność”.

Istotne jest jak podręcznikowa historia ocenia te fakty, tym bardziej, że do dziś nie wyjaśniono kto sponsorował ten tryb dokonywania zmian i w czyim dokładnie interesie zostały przeprowadzone.

Swoistą zagadką jest wynik wyborów prezydenckich w 1990 roku, startujący w nich, obdarzony legendą Wałęsa uzyskuje w towarzystwie daleko odbiegających popularnością konkurentów w I turze 6,5 mln głosów, czyli dużo mniej od blisko dziesięciomilionowej liczby członków historycznej „Solidarności”, a urzędujący premier przegrywa z „człowiekiem znikąd”.

Jakie są powody tych niespodzianek?

I są to wątpliwości czasów najnowszych, w których informacje bardzo wnikliwe są dostępne w nieporównanie wyższym stopniu aniżeli w czasach poprzednich.

Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo