Odszedł wczoraj Jan Kaczmarek. Człowiek legenda. Nieodłączna część i współtwórca klimatu tych dziwnych i strasznych lat siedemdziesiątych. Radiowiec wybitny, bo w studiu nagraniowym czuł się najlepiej, i sam pokpiwał dobrotliwie z destrukcyjnej roli telewizji, która nieuchronnie Go zawłaszczyła, odbierając przy tym cenną prywatność właściwą dla Radia.
Poeta wybitny i wrażliwy. Nieoceniony wnikliwy obserwator codziennego życia. Tropiący i wyszydzający ludzkie przywary, ale umiejący także docenić intymność i delikatność uczuć.
Krytyczny wobec naszej zwichrowanej, pijanej obyczajowości gierkowskiej dekady, zbierał przed odbiornikami radiowymi potężne grono słuchaczy. Docenialiśmy wysiłki Fedorowicza i Wolskiego, ale gdy w „Sześćdziesiątce” gościła „Elita”, spychaliśmy tamtych na plan dalszy.
A Pan Janek był tam wirtuozem. I spierać by się można, kto większy, On, czy Andrzej Waligórski.
Odszedł Najsłynniejszy Polski Pacjent. Nie zaglądnie już do kliniki Młodej Lekarki na rubieżach polskiej medycyny. Dołączył do niezapomnianych Andrzeja Waligórskiego i Włodzimierza Plaskoty. I będą tam rozbawiać i wzruszać Wszystkich Świętych oczekując na nieuchronne przyłączenie się reszty zespołu. I nas wszystkich.
Zapalmy mu od nas w sercach świeczkę.
Nie ma obawy, abyśmy Go kiedyś zapomnieli, Jest częścią Naszej Historii, i jakaś Jego cząstka tkwi głęboko w naszych sercach.



Komentarze
Pokaż komentarze (10)