Co jakiś czas pojawia się pomysł, aby dawna, sławna dzielnica Krakowa zyskała szeroką autonomię, jeżeli już nie prawa miejskie, wzorem historycznego piastowskiego Kazimierza w czasach odległych. A pokusa politycznego wykorzystania pomysłu jest tego naturalną konsekwencją. Bo taka jest kolej rzeczy w Najjaśniejszej RP. Zwłaszcza, że motorem separatystycznych pomysłów jest młody polityk LPR, który swoją aktywność skierował z konieczności gdzie indziej.
Z zainteresowaniem wysłuchałem ostatnio zażartej dyskusji młodych lokalnych patriotów nowohuckich i pozwolę sobie na kilka osobistych dygresji wobec ich postulatów. Nie chciałbym aby były owe uwagi odbierane jako krytykanctwo, ale takie zawłaszczanie tej części miasta dla siebie, jaką prezentuje ta grupa i podkreślanie na tym tle wyraźnego izolacjonizmu, brzmią dziwnie, niepokojąco i trochę śmiesznie. Bowiem duma z wyjątkowości i odrębności dawnej czwartej dzielnicy połączona z wyraźną tęsknotą do daleko idącej autonomii czy wręcz secesji, sąsiaduje u nich z podszytym kompleksami przekonaniem o wyraźnym upośledzaniu Nowej Huty, lekceważeniu, i wiecznym spychaniu (i w świadomości ogółu a i też czynnie przez kolejnych włodarzy), na margines wielkiego Krakowa.
Młodzi zapaleńcy nieświadomie odwołują się do przebrzmiałego już krakowskiego stereotypu, że Nowa Huta to taki jakby Kraków „B” , miasto wyrzutków i moralnego memłactwa. Miejsce dla krakowianina odległe i podejrzane, siedziba prymitywizmu i chamstwa. Można by machnąć ręką na frustracje dawnego aktywisty Młodzieży Wszechpolskiej, który politycznie marginalizowany przez odejście LPR w polityczny niebyt, chce w oparciu o mrzonki budować wokół siebie polityczne zaplecze. Ale warto się może z ciekawością przyjrzeć tej fascynującej części, naszej, nie tak odległej przecież, historii.
Nazywaliśmy zawsze owo niedobre odium ciążące nad Nową Hutą po prostu złą opinią. I miała ona kiedyś swoje uzasadnienie. I nie ograniczyło się tylko do lokalnych uprzedzeń. Rozlało się szeroko, i sama nazwa dzielnicy w całym kraju wywoływała niedobre skojarzenia.Ale już bardzo kiedyś.
U początków nowego robotniczego miasta leżał przecież wyrafinowany zamysł brutalnej rozprawy z inteligenckim niepokornym „Krakówkiem”, rozsadnikiem mieszczańskiej zgnilizny, klasowo obcej, zaściankowej i wstecznej. Te jakby je dzisiaj nazwać „łże elity”, to był wróg klasowy, szczęśliwie szczątkowy , bo ogniem i żelazem wypalany przez okupanta z powodów przecież zbliżonych we wszystkich totalitaryzmach. Ale ciągle żywy i groźny, gotów swoje reakcyjne macki wyciągać, podstępnie niszczyć i młode ludowe państwo przywodzić do zguby. Dlatego umieszczenie u jego bram czerstwego, młodego i z ducha proletariackiego żywiołu miało doprowadzić do ideowej konfrontacji, w której ostatecznie farbowana wsteczna starucha ulegnie jedynie słusznej dialektycznej prawdzie.
Potężny kombinat metalurgiczny to był znak nadchodzących nowych czasów, które miały wymieść krakowską konserwę, zagrzebaną w jakichś nikomu nie potrzebnych, w wręcz szkodliwych papierzyskach. Kraków odwdzięczył się pogardą i intelektualnym napiętnowaniem i racja jakaś przecież w tym była. Wszystkie ciemnie strony pionierskich przedsięwzięć wylazły podczas budowy i zasiedlania robotniczego miasta tym potężniej, że przecież skala sztandarowej budowli socjalizmu była ogromna. Jak zawsze ściągali do takiego miejsca ludzie przeróżni. I w ogromnej liczbie. Żądni społecznego awansu synowie biednych włościan, trochę tzw „inteligencji technicznej” ale i różnej maści niebieskie ptaki, awanturnicy czy pospolici przestępcy. Dla zdecydowanej większości był to ogromny niewyobrażalny cywilizacyjny przeskok, za który musieli zapłacić sporą cenę. Szok kulturowy owocował takimi anegdotycznymi zdarzeniami, jak hodowla kur na balkonach, czy wieprzka w wannie. Miejsce dawnych baraków budowniczych nosiło wymowną nazwę MEKSYK, do dzisiaj zresztą funkcjonującą…
A władza dość wcześnie sama zaczęła mieć wątpliwości:
Źródło: Świat nr 42(222) z dn. 2 października 1955r.
Tytuł: W sześcioletnim mieście
Autor: Mirosław Azembski
Tramwaj numer "5" wiezie nas ulicami o niezachęcających nazwach - Mogilską, Wieczystą. Domki rozrzucone po obu stronach tej trasy mają odpowiednio cmentarny wygląd; są tu chyba i takie, które liczą sobie 100 lat, a może i więcej. Sczerniałe i spleśniałe, chylą się ku upadkowi; nic nie szkodzi, w niedalekiej przyszłości miasto Nowa Huta rozprzestrzeni się na te tereny i "dobije" do Krakowa.
Tramwajowe zgrzytanie nie sprzyja myśleniu, nie sposób jednak odeprzeć natrętnie nasuwających się pytań. Czymże jest właściwie miasto Nowa Huta? Czy "naszą dumą" - jak to kiedyś do znudzenia powtarzała prasa? Czy może jaskinią chuligaństwa, alkoholizmu, rozpusty - jak to teraz określają niektórzy? Sukces nowoczesnego budownictwa, czy "potwór architektoniczny…
Pewnie w zamyśle ideologów Kraków miał ulec potędze młodej Nowej Huty. Miał zostać wchłonięty, ale nie został. W rezultacie to Nowa Huta popadła w izolację. Nowa Huta z moich wspomnień to wyspa. Tu przyszedłem na świat jeszcze przed dojściem Gomółki do władzy. Wyrastałem na tych podwórkach. Szkoła, studia, pierwsze przyjaźnie i miłości. Mimo, że od dawna mieszkam w Śródmieściu, to w jakiejś części tu żyję do dzisiaj. Bo to kawał mojej osobistej historii. Rodzice pracowali w kombinacie Huty im. Lenina i tam się poznali jak zresztą większość im podobnych młodych ludzi. Taki był standard. Jak w piosenkach Jerzego Gerta i Władysława Szpilmana z tamtych lat.
W moim dzieciństwie Nowa Huta kończyła się na ulicy Kocmyrzowskiej, na linii kolejowej do Kocmyrzowa ze starymi, jeszcze austriackimi stacyjkami. Do Krakowa szmat drogi przez pustkowie. I taki obraz noszę w podświadomości do dzisiaj. Wyjazd do Krakowa to była wyprawa. Mówiło się zresztą i w niektórych domach nadal mówi „ jadę do Krakowa” , „jadę do miasta”. Kraków był obcy i odbierany niechętnie. Ja i moi koledzy lepiej znaliśmy i traktowaliśmy rodzinne strony naszych rodziców. Nowa Huta i te właśnie miejsca to kraina naszego dzieciństwa. Zresztą indoktrynacja (nie przyznajemy się do niej chętnie, a przecież zostawiła w naszych umysłach trwałe ślady), i wzajemna niechęć „Krakówka” też zrobiły swoje.
Późniejsze działania władzy pokazały, że czas czysto ideologicznych działań zakończył żywot. Dynamiczny rozwój miasta spowodował, że potrzeby doraźne wzięły górę nad socjalistycznym dogmatyzmem. Nowe osiedla, bieńczyckie i mistrzejowickie, zaczęły zasypywać pustkę w przestrzeni pomiędzy dwoma organizmami miejskimi. Po drugiej stronie Wisły powstawały podobne twory, takie wielkie, miejskie sypialnie. Bieżanów Nowy, Kozłówek, Kurdwanów, Piaski Wielkie… Nowi, młodzi lokatorzy tych miejsc, to już ktoś inny. Czasy narzuciły im inną role. Inną ideologię, czy może jej brak. Przestrzennie Kraków zaczął się scalać. I do lat 90-tych dotrwał wielki szary i nijaki.
A w umysłach? Wielki ideologiczny plan „realsocjalizmu” nie wypalił. Nie mógł zresztą w żaden sposób. Socjalizm to wielka naukowa teoria. W odróżnieniu od kapitalizmu nikt jej wcześniej nie sprawdził. Chociażby na szczurach. Władzy nie wyszło. Nie spełniło się. Wyśmiewana przez wielkopański Kraków „inteligencja wielkopiecowa” pokazała pod Krzyżem na osiedlu Teatralnym, że potrafi bronić wartości , które w zamyśle warszawskich sekretarzy miała pomóc unicestwić. A kilkadziesiąt lat później to ta pogardzana kiedyś Nowa Huta była jednym z tych potężnych ognisk buntu, który rozlał się na cały kraj obalając w końcu stary porządek, który przecież powołał ją do życia.W rewolucji, która w prostych marzeniach ludzi miała być prawdziwie proletariacka. Ale znowu wyszło inaczej. Jak z każdą rewolucją.
A wyspy już dawno nie ma. Może powinniśmy wrócić do pomysłu czterech wielkich dzielnic miasta, ale przecież mocno zintegrowanych. Wyjątkowość urbanistycznego planu i urok starych nowohuckich osiedli został odkryty nie tak dawno przecież, i pozostanie. I nie będziemy dla takich powodów nawoływać do secesji. Bo i po co? Izolacja nikomu nie wyszła na zdrowie. To był zły czas.
Jak pisał Ernest Bryll- „Nowa Huta, smutna pamiątka rocznika mojego…” Tak było. I niech pozostanie za nami.Do młodych secesjonistów mogę się tylko zwrócić z prośbą o opamiętanie. A jeżeli ktoś z powodów chyba czysto osobistych chce się udawać na emigrację wewnętrzną, to niech to robi sam. I nie dorabia do tego ideologii. I nie zabiera ze sobą w tę podróż Nowej Huty.



Komentarze
Pokaż komentarze (11)