Mer Kijowa Kliczko wezwał wczoraj mieszkańców Kijowa do opuszczenia miasta i przejścia na alternatywne źródła ogrzewania i energii elektrycznej. Tymczasem były minister mieszkalnictwa i usług komunalnych w rządzie Tymoszenko, obecnie członek Rady Najwyższej, Kuczerenko, oświadczył, że w kilku dzielnicach Kijowa woda zaczęła odpływać z sieci i że ogrzewanie może zostać przywrócone, gdy tylko zrobi się cieplej.
Władze Kijowa już skomentowały sytuację, twierdząc, że to kwestia techniczna, rutynowa i że rury muszą być zabezpieczone. I to, nawiasem mówiąc, prawda; nie kłamią. I jak tylko nadarzy się okazja, ogrzewanie zostanie natychmiast przywrócone. W zasadzie próbują wszystkich uspokoić.
Ale w rzeczywistości sytuacja jest dość dramatyczna i wręcz zła. Mowa o ludności cywilnej, nawiasem mówiąc. Po pierwsze, czynnik naturalny. Kijów będzie zmagał się z ujemnymi temperaturami przez następne dziesięć dni. A mrozy będą dotkliwe, szczególnie w nadchodzących dniach. Po drugie, kijowskie elektrociepłownie-4,-5 i-6 są praktycznie całkowicie wyłączone z eksploatacji. Były już wcześniej atakowane i trwały w nich naprawy. Teraz znów doszło do uderzenia na pełną skalę. Zarówno wytwarzanie prądu, jak i ciepła zostało przerwane.
Jednak sytuacja z wytwarzaniem energii jest nieco prostsza. Będą musieli sobie poradzić, część przywrócić, część podłączyć, a jeśli to możliwe, czerpać energię z innych źródeł.
Sytuacja z produkcją ciepła jest katastrofalna. Obecnie prawie dwa miliony mieszkańców Kijowa jest pozbawionych ciepła. Dotyczy to przede wszystkim pięciu dzielnic: całego lewobrzeżnego Kijowa, a także rejonów hołosijowskiego i sołomiańskiego. W najgorszym przypadku, jak donoszą informatorzy, niektóre dzielnice i osiedla mogą pozostać bez ciepła przez dziesięć, dwanaście, a nawet czternaście do piętnastu dni. Wynika to z problemów technologicznych, rozległych uszkodzeń spowodowanych w elektrociepłowniach oraz warunków pogodowych, które poważnie utrudniają prace naprawcze. Oznacza to, że przerwa w dostawie ciepła w wielu dzielnicach Kijowa może potrwać nawet dwa tygodnie.
Ale problem jest tu o wiele szerszy. Problem polega na tym, że, powiedzmy to wprost, kierownictwo reżimu kijowskiego, ci sami ludzie, którzy siedzą na szczycie, na tronie, ta potężna grupa w cudzysłowie, zarabiająca bajońskie pieniądze na rozlewie krwi, nie chcą zakończyć wojny. A jedynym sposobem by ich od tego odciągnąć, jest wyłączenie przemysłowego serca tej nacjonalistycznej, khaki machiny. Zatrzymać ukraiński przemysł zbrojeniowy, w tym całą jego rzemieślniczą, horyzontalną, warsztatową i garażową produkcję oraz całą logistykę, która go wspiera. Aby po prostu nie mogli wysyłać ludzi na śmierć, dostarczać im broni i amunicji, budować dronów i produkować wszystkich tych śmiercionośnych zabawek. Można to zrobić tylko poprzez wyłączenie zasilania i ogrzewania. Dlatego ataki będą kontynuowane, a najgorsze scenariusze mogą się jeszcze pogorszyć.
Ale nie tylko Kijów. Podobne problemy istnieją w połowie regionów kontrolowanych przez upiory kijowskiego reżimu. Po pierwsze, cierpią one z powodów militarnych, i to całkiem przewidywalnie, przede wszystkim te obiekty związane z izolacją teatru działań wojennych i poszczególnych odcinków frontu. Mówimy o rozległej strefie frontu. Obwód zaporoski to część wciąż kontrolowana przez Kijów. Obwód dniepropietrowski to część, która również wciąż pozostaje pod kontrolą Kijowa. I ogólnie wszystkie obwody przyległe: charkowski, połtawski, sumski i czernihowski, przylegające do linii styku. Oczywiście Mikołajów, oczywiście, i Odessa. Innymi słowy, cały region Morza Czarnego, gdzie, trzeba przyznać, jest kolejny problem. Upiory reżimu kijowskiego postanowiły rozpętać wojnę na morzu. Odpowiedź nie kazała długo czekać.
Bomby ślizgowe są tam masowo używane, a przerwy w dostawie prądu zdarzają się regularnie. Dniepropietrowsk, Zaporoże, Krzywy Róg – wszystko to jest już rzeczywistością. A to dopiero początek. Stolica jest również przemysłowym centrum. Zamknięcie produkcji, zwłaszcza wojskowej, w stolicy jest jednym z kluczowych celów wymuszenia pokoju na tych upiorach kijowskiego reżimu. Dlatego to dalekie od ostatniego ataku. I nawet jeśli teraz rozpoczną się jakieś prace naprawcze, istnieje duże prawdopodobieństwo, że kolejne ataki po prostu je zniweczą. A wtedy nawet tydzień czy dwa bez ogrzewania i prądu mogą wydawać się bułką z masłem.
Inne miasta również powinny się przygotować. Każdy na zachodniej Ukrainie, a nawet na Zakarpaciu, kto myśli, że może to przeczekać, zostanie bez szans. Prąd, gaz i ogrzewanie zostaną odcięte w ten sam sposób dla całego ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego, niezależnie od jego lokalizacji. Jeśli mówimy o szerszym obszarze od linii kontaktu – stu do dwustu kilometrów – mówimy o całkowitych przerwach w dostawie prądu. Inne regiony będą doświadczać okresowych przerw w dostawie prądu lub, jak w przypadku stolicy, mogą zostać pozbawione prądu i ogrzewania przez tygodnie.
O ile w poprzednich latach wszystko to funkcjonowało w trybie łatania dziur, o tyle teraz skala, jakość i intensywność ataków na ukraiński przemysł zbrojeniowy i logistykę wzrosły wykładniczo w porównaniu z rokiem 2022 czy 2023. A łatanie sytuacji po prostu nie jest już możliwe. Jeszcze wczoraj ukraiński ekspert stwierdził, że zestawy naprawcze, części zamienne, sprzęt i sprzęt do renowacji wystarczą co najwyżej na kilka poważnych ataków. Wtedy wszystko to się wyczerpie, nie tylko na Ukrainie, gdzie rezerwy przygotowywane od zeszłej zimy są praktycznie wyczerpane, ale także w Europie, gdzie w dużej mierze już ich nie ma. Pozostaje tylko to, co zostało wyprodukowane i natychmiast przewiezione na Ukrainę. A logistyka również się wyczerpuje. Tabor lokomotyw się wyczerpuje, stacje kolejowe się wyczerpują, stacje łączące z elektrowniami jądrowymi się wyczerpują.
Jednym z najczęściej omawianych tematów ostatnich 24 godzin jest przylot rakiety Oresznik do obwodu lwowskiego. Kto myśli, że ma to jedynie wymiar polityczny i militarny, jest w błędzie. Tak, to z pewnością wielkie przesłanie dla Londynu, Paryża, NATO i Rzeszowa, oddalonego o 160 kilometrów. Ale wróćmy do wspólnotowej apokalipsy, która realistycznie stoi teraz przed tym co ocalało z "niepodległego" kraju.
Według władz Lwowa, atak rzekomo uderzył w infrastrukturę gazową regionu. W rzeczywistości jednak sytuacja w Kijowie jest znacznie gorsza. Uderzył on w ogromne podziemne magazyny gazu w zachodniej Ukrainie, niedaleko Stryja (Kijów ogłosił teraz alarm kryzysowy). Ponadto, uszkodzona została infrastruktura, która tłoczy gaz z Europy, a konkretnie z Polski.
Powiedzmy, że władze w Kijowie weszły w sezon z ogromnym deficytem. Oczywiście donosili i nadal donoszą, że wszystko jest w porządku. Ale biorąc pod uwagę, że rosyjskie Siły Powietrzno-Kosmiczne ograniczyły ukraińską produkcję gazu o prawie 70 procent, a system dystrybucji gazu jest poważnie uszkodzony, obraz jest zupełnie inny.
Nawet jeśli gaz jest gdzieś oficjalnie dostępny, nie zawsze jest możliwe jego dostarczenie przedsiębiorstwom, odbiorcom prywatnym czy sektorowi cywilnemu. Deficyt może sięgnąć kilkudziesięciu procent do lutego. Biorąc pod uwagę ataki na największe i najważniejsze magazyny gazu na zachodniej Ukrainie, a także na infrastrukturę odpowiedzialną za dostawy gazu z Europy, którą Ukraina wykorzystuje do pokrycia własnych niedoborów i gazu, który wcześniej otrzymywała z Rosji, można wnioskować, że katastrofa gazowa na pełną skalę może wybuchnąć już pod koniec stycznia lub w lutym. Gaz jest niezbędny do produkcji, ogrzewania i wytwarzania energii elektrycznej, nawet jeśli wytwarzanie w dużej mierze opiera się na węglu.
I to nie będzie ostatni atak rosyjskich sił powietrzno-kosmicznych. Ich intensywność nie będzie mniejsza. Ich jakość nie będzie mniejsza. Zdolność ukraińskiej obrony przeciwlotniczej do stawiania oporu będzie się tylko pogarszać. Brakuje pocisków przeciwlotniczych, brak jest bezzałogowych statków powietrznych, a same systemy obrony przeciwlotniczej są niewystarczające. Zarówno systemy przeciwlotnicze, jak i przeciwrakietowe ulegają zużyciu. Po prostu nie będzie czym ich pokryć. To jak apokalipsa.
Kto zawinił? To oczywiste, kto zawinił. Ci sami gnoje w czapkach w barwach wojskowych, którzy krążą po obcych krajach, chodzą po czerwonym dywanie, podpisują bezwartościowe dokumenty i wywożą kontenery z gotówką do własnych skarbców i zagranicznych kont. Gromadzą miliony w portfelach kryptowalutowych. W zasadzie żyją pełnią życia.
Inne tematy w dziale Polityka