0 obserwujących
27 notek
35k odsłon
  115   0

Turkowski: Notatki czasu wojny. 18 września

Jak wyglądała sytuacja na Kresach dzień po wkroczeniu armii radzieckiej do Polski? W dzienniku kampanii wrześniowej kapitana Stefana Turkowskiego, oficera wojsk łączności, czytamy:

 18 września
 
Godzina 9-ta. Dojeżdżamy do m. Tłumacz. Tam dowiadujemy się, że transport kolejowy z naszymi ludźmi dotarł do m. Stanisławowa, skąd udadzą się na węgierską granicę.
 
Kompanie jadące na podwodach są już w Tłumaczu. Zmieniamy trasę i decydujemy się jechać do m. Nadwórna. Na razie zarządzam postój. Na odprawie informuję o sytuacji i o tym, że udajemy się w kierunku węgierskiej granicy. Być może nawiążemy łączność z naszym dowództwem.
 
Tłumacz obrzydliwa mieścina. Ludność usposobiona do nas wrogo. Widzimy Ukraińców i Żydów z opaskami na rękawach, którzy patrolują, a nawet przeprowadzają rewizję. Na nas patrzą wilkiem, ale boją się uzbrojonych żołnierzy. Natomiast tutejsza ludność polska odnosi się do nas bardzo przychylnie.
 
[...] Przed odjazdem słyszymy strzały z karabinów. W mieście panika. Naoczni świadkowie opowiadają, że Ukraińcy posiadają dużo broni i amunicji, że napadają na pojedynczych żołnierzy i osoby cywilne.
 
Wyznaczam pluton z komp. por. Gierata i maszerujemy przez miasto. Cel: oczyścić ulice z podejrzanych elementów. Strzelać tylko w ostateczności i w obronie własnej. Dołączają do nas żołnierze z innych jednostek. Ukraińcy rozbiegają się i kryją w pobliskich domach. Milkną strzały. Na razie panuje względny spokój. Wyobrażam sobie, co się tu będzie działo, kiedy wojsko opuści te strony.
 
Wśród uzbrojonych Ukraińców i Żydów przeważają wyrostki. Policja nie interweniuje. Owszem widziałem dość dużą grupę policjantów, przejeżdżających przez miasteczko z karabinami gotowymi do strzału, ale nie zatrzymali się i tylko dodali gazu, aby jak najprędzej minąć niebezpieczną „przeszkodę”.
 
Kompania załadowana na podwody. Jedziemy na Nadwórną, a dalej na przełęcz Jabłonkowo. W Nadwornej spotykamy znów mjra Dobosza. Uzupełniamy benzynę. Jest tutaj major Jakubowski, wykładowca łączności w Rembertowie. Ogromnie przygnębiony. Na nogach zamiast butów nocne pantofle. Poobcierał sobie biedak nogi do krwi.
 
Spotkałem też kpt. Kijaka. Nastrój ponury… Czujemy, że tym razem Niemcy są górą, ale to przecież dopiero początek. Trzeba będzie zdobywać nasz Kraj drogą na Berlin?
 
Krążą też różne pogłoski sprzeczne ze sobą na temat wojsk sowieckich i ich zamiarów w stosunku do Polski?
 
W dalszym ciągu suną przez miasto bez przerwy czołgi, wszelkiego rodzaju pojazdy, artyleria plot. , art. ciężka. Bogactwo, zdawałoby się nieprzebrane, nie sądziłem, że mamy takie masy świetnego sprzętu. Nie chce się pomieścić w głowie, że tak nas szybko zwyciężono. Należy jednak pamiętać, że bijemy się samotnie, z przeciwnikiem, który posiada ogromny potencjał wojenny, że nas zaskoczył, że uderzył bez uprzedzenia, a w dodatku odwoływanie już zarządzonej mobilizacji zdezorganizowało wszelką czynność.
 
Lotnictwo npla zniszczyło tory kolejowe, drogi, mosty, elektrownie i tory. Poczynali sobie bezkarnie, a przy tym pogoda sprzyjała Hitlerowi!
 
[…] Kołomyja zajęta, a wiec mamy do granicy tylko jedna drogę. Wzdragamy się na myśl, że trzeba będzie przekroczyć granicę. Mamy nadzieję, że nasi przyjaciele i sojusznicy, myślę o Rumunii i Węgrzech, umożliwią nam przekroczenie ich granic i udanie się na zachód. Wierzę, że Francja i Wielka Brytania ockną się i uderzą na Hitlerowców całą potęgą. I my weźmiemy czynny udział w ostatecznym rozgromieniu tej bestii.
 
Jedziemy w kierunku Jaremczy. Okolica piękna. Niestety nie ma nastroju do rozkoszowania się cudami natury.
 
W m. Kamień Dobosza / nie mylić z naszym majorem Doboszem!/ zatrzymujemy się. Motor przegrzany. Jedziemy przecież w kolumnie i to pod górę, nic wiec dziwnego, że motor odmawia posłuszeństwa.
 
W Kamieniu Dobosza poznaję znaną pisarkę Irenę Krzywicką z Warszawy. Jest zrozpaczona. Nie wie, co ma robić? Jest bez pieniędzy. Wręczam pani Krzywickiej 100 złotych i radzę nie ruszać się z miejsca, aż do wyjaśnienia sytuacji. Otrzymuję od niej butelkę wspaniałego miodu. Żegnamy się ze łzami w oczach. Życzymy sobie rychłego zwycięstwa i powrotu do wolnej Polski.
 
O zmierzchu jedziemy dalej. Major Dobosz znów nam się gdzieś zawieruszył.
Wieczorem zatrzymujemy się w Jaremczy. Nocujemy u Ukraińców, którzy zresztą nie przejawiają w stosunku do nas wrogich uczuć. Gospodyni wyprała nam nawet bieliznę i rano już w czystej czujemy się jak nowo narodzeni.
 
Wielu żołnierzy powraca znad granicy. Rozsiewają plotki, że tam dzieją się dantejskie sceny. Odrywają jakoby żony od mężów, natki od dzieci. Zabierają wszelką broń. Żołnierze są rzeczywiście bez broni, ale mogli przecież broń porzucić?
 
Podobno od oficerów żąda się oświadczenia na piśmie, że na przeciąg trzech lat wstrzymują się od udziału w walkach. Wydaje mi się to wszystko nieprawdopodobne. Jest to zapewne wroga propaganda i dywersja. Już nie będę powtarzał innych plotek, bo i po co?
 
Koło m. Tatarów zatrzymujemy się. Na szosie widzimy około 20 jeńców niemieckich. Są to jeńcy puszczeni na wolność. Nikt ich nie pilnuje. Wszyscy młodzi, uśmieszki ironiczne. Butne gęby. Wyobrażam sobie, jak oni postępują z naszymi jeńcami. My zaś, nie robiąc im żadnej krzywdy, puszczamy ich wolno. Inna sprawa, że nie jesteśmy przecież zbrodniarzami i bezbronnych ludzi, choćby byli to hitlerowcy, nie będziemy mordować, takie są nasze obyczaje, a prowadzić do granicy i tam przekazać Węgrom czy Rumunom nie ma przecież sensu.
 
Tekst pochodzi z Archiwum Ośrodka „Pamięć i Przyszłość”. Zachowano pisownię oryginalną. Skróty pochodzą od redakcji.
 
Pełna wersja dziennika kapitana Turkowskiego w najnowszym numerze kwartalnika „Pamięć i Przyszłość”
 

 

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura