0 obserwujących
27 notek
35k odsłon
  385   0

Uczkiewicz: Jesteśmy na wczasach...

Kiedy za oknem śnieżyce, huragany i korki na drogach, miło jest powspominać wakacje. Na przykład wakacje w PRL...

Wczasy pracownicze to jedna z najważniejszych zdobyczy cywilizacyjnych PRL. Tak przynajmniej sądzić można z nostalgicznych wspomnień ich uczestników. Cóż tak pociągającego było w odgórnie sterowanym, ograniczanym tysiącami formalności, narzucającym nachalną propagandę i po prostu nudnym modelu wypoczynku? Fenomen wczasów pracowniczych spróbujmy rozgryźć w takt evergreenu Wojciecha Młynarskiego.

Jesteśmy na wczasach

Historię masowego zorganizowanego wypoczynku w PRL rozpoczął – a któżby inny? – Bolesław Bierut, który w 1945 roku przekazał Funduszowi Wczasów Pracowniczych „na potrzeby wypoczynku klasy robotniczej” posiadłość Ignacego Mościckiego w Spale. Większość ośrodków wczasowych w pierwszych dziesięcioleciach Polski Ludowej znajdowała się na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Szczególnie zaś w Sudetach, gdzie Niemcy pozostawili doskonale rozwiniętą bazę turystyczną, której nawet powojenne zorganizowane szabrownictwo i oficjalna akcja odzysku cegły nie zdołały do końca zrujnować. Jak donoszą skrzętni statystycy w połowie lat 50-tych 75% majątku FWP stanowiły zabudowania poniemieckie. Do tego rodzaju obiektów należy uwieczniony w piosence Młynarskiego pensjonat „Orzeł” w Karpaczu, gdzie kaowiec podrywał uroczą pannę Krysię. Karpacz zresztą – po przemianowaniu poniemieckich willi na socjalistyczne ośrodki wypoczynkowe o patriotycznych nazwach (np. Chrobry) - stał się stolicą zorganizowanego wypoczynku w tej części Polski. Od lat pięćdziesiątych odpoczywała tu klasa robotnicza i inteligencja pracująca, a także wierchuszka władzy ludowej, ci ostatni w komfortowym na owe czasy ośrodku w (nomen omen) Bierutowicach (dziś Karpacz Górny).

Prawo do organizowanego przez państwo wypoczynku gwarantowała obywatelom PRL już stalinowska konstytucja z 1952 r. Jednak – jak to zwykle bywa – pośród równych byli i równiejsi. Szczególnie w państwie, w którym nawet wypoczynek jest reglamentowany. Za wyjazd wakacyjny nie można po prostu zapłacić – trzeba uzyskać od właściwych czynników skierowanie, na które zasłużyć można jedynie ciężką pracą na rzecz socjalistycznej ojczyzny. I tak w latach czterdziestych i pięćdziesiątych uprzywilejowane grupy stanowili przodownicy pracy, racjonalizatorzy, mistrzowie oszczędności oraz robotnicy i pracownicy umysłowi zasłużeni w przemyśle.  Wraz rozwojem zakładowych i branżowych ośrodków wczasowych, najlepsze warunki wypoczynku stwarzano pracownikom wielkich zakładów priorytetowych dziedzin przemysłu.
O ile na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych zorganizowany wypoczynek był dla mas fascynującą i egzotyczną nowością, o tyle za rządów Władysława Gomułki wczasy stały się potrzebą społeczną. Już nie tylko tzw. pracownicy umysłowi (którzy początkowo przeważali wśród wczasowiczów), ale także robotnicy zaczęli traktować wakacje jak oczywistość, która należy im się jak psu zupa. Nie przypadkiem żądanie tańszych, bardziej powszechnych i atrakcyjnych wczasów pracowniczych znalazło się wśród postulatów społecznych podczas protestów Grudnia ’70. Od tego czasu miało pojawiać się jako stały motyw przy okazji wszystkich kryzysów systemu.
  
W tych góralskich lasach
 
W ciągu pierwszych dwudziestu lat PRL większość uczestników wczasów pracowniczych odpoczywała w górach. Szczególnie popularne były Sudety, gdzie istniała dobra infrastruktura turystyczna wraz z urozmaiconą siecią tras spacerowych i szlaków górskich, a klimat był stosunkowo łagodny. Do tego dochodził niewątpliwy walor propagandowy – oto polscy robotnicy odpoczywają na ziemiach piastowskich, dzięki bohaterstwu Armii Czerwonej przywróconych Macierzy. Niewątpliwe ograniczenie stanowiły tereny nadgraniczne (zarówno na północy, jak i na południu Polski), często całkowicie wyłączone z ruchu turystycznego (aż do połowy lat pięćdziesiątych zaorana i otoczona drutem kolczastym była np. większość bałtyckich plaż). Odpoczynek na terenach nadgranicznych wymagał specjalnych przepustek, trzeba było liczyć się także z częstym legitymowaniem przez żołnierzy WOP. Z upływem czasu ograniczenia stopniowo zanikały, by powrócić w latach osiemdziesiątych, kiedy to wojsko legitymowało nawet narciarzy, wjeżdżających wyciągiem na Szrenicę.
 
W promieniach słonecznych opalamy się
 
Na wczasach organizowanych przez FWP, a potem przez zakłady pracy, dominował bierny model wypoczynku. Choć w ramach programu rekreacyjnego zachęcano do wycieczek górskich, a zimą do nauki jazdy na nartach, zmęczeni całoroczną harówką przedstawiciele mas pracujących zdecydowanie odrzucali propagowane przez władze hasło „z fabrycznych hal w górskie hale”. Pozbawieni odpowiedniego sprzętu (choćby butów), bez przygotowania i doświadczenia, często ulegali wypadkom, które władze socjalistyczne, swoim zwyczajem, próbowały kontrolować. W związku ze zwiększonym zapotrzebowaniem na gips w miejscowościach turystycznych, na jednym z posiedzeń Komitetu do spraw Turystyki w 1955 r. postulowano: „trzeba stworzyć system zakazów, który uniemożliwi łamanie nóg”.
 
Nieprzyjemne konsekwencje niewłaściwie przygotowanego aktywnego wypoczynku sprawiły, że spośród form wysiłku fizycznego wczasowicze chętnie uczestniczyli jedynie w grzybobraniu.
 
W epoce gierkowskiej „drugiej Polski”  społeczeństwo kojarzyło wypoczynek wakacyjny z zajęciami nie wymagającymi praktycznie żadnego wysiłku. Wraz z upowszechnieniem telewizji i wzrostem atrakcyjności emitowanych programów, wyjazd wakacyjny coraz bardziej zaczął przypominać zaleganie na kanapie we własnym „m”. Jeśli wierzyć ówczesnym statystykom, w 1972 r. większość wczasowiczów najchętniej oglądała telewizję. Inne ulubione rozrywki to gra w karty i „beztroskie” konwersacje. Aktywny wypoczynek pozostawiano harcerzom, członkom PTTK i zawsze podejrzanym dla władz turystom indywidualnym. W tej sytuacji na cud zakrawa stosunkowo niska liczba osób otyłych w pokoleniu wczasowiczów lat siedemdziesiątych. A może była to przysłowiowa mądrość Partii… Nadwagę przywiezioną z wczasów szybko niwelowały codzienne braki w zaopatrzeniu sklepów w podstawowe produkty spożywcze.
 
Orkiestra przygrywa skocznego begina
 
Wczasy, zgodnie z zaleceniami odpowiedniej komórki KC PZPR z 1950 r.„ powinny być traktowane „może nawet przede wszystkim jako wyraz polityczno-wychowawczej działalności państwa”. Wypoczywające na wczasach masy miały odpoczywać ściśle według planu. Stąd też postulaty, by, jak czytamy w instrukcji pracy FWP z roku 1954 „Wyrugować obce nam klasowo wieczornice rozrywkowe typu dancingowego przez zastąpienie ich imprezami z programem artystycznym”.
 
Wbrew staraniom i instrukcjom władz dansingi i zabawy taneczne wyparły skutecznie właściwe ideologicznie sposoby spędzania wolnego czasu: pomoc w akcji żniwnej, odwiedziny na wielkich budowach sześciolatki, akademie z okazji 22 lipca i masówki potępiające imperializm. Już za Gomułki organizatorzy wypoczynku dopuszczali burżuazyjne rozrywki, jednak cały czas jeszcze głównym – przynajmniej teoretycznie – zadaniem instruktorów kulturalno-oświatowych była ideologiczna praca u podstaw – coraz częściej jednak, zamiast chwalić internacjonalistyczny komunizm, podkreślano dokonania Polski Ludowej. Duża koncentracja ośrodków wczasowych na tzw. Ziemiach Odzyskanych sprawiała, że szczególnie popularne były tematy prapolskiej - piastowskiej historii regionu. W latach siedemdziesiątych propagandę zastąpiła rozrywka i konsumpcja. Chociaż czas wczasowiczów nadal był odgórnie planowany, coraz częściej pojawiały się w nim takie punkty jak koncerty muzyki rozrywkowej, pokazy mody i promocje produktów kosmetycznych rodzimych marek czy kursy makijażu.  Tak oto potwierdziła się teza Karola Marksa, że „byt kształtuje świadomość”.
 
To nie twoja wina, że podrywam cię
 
Organizacja masowego wypoczynku dawała władzy ludowej możliwość moderowania codziennych zachowań uczestników. Sprzyjało to tworzeniu nowego, ujednoliconego, socjalistycznego stylu życia w każdej niemal dziedzinie: od spraw związanych z higieną i kulturą osobistą, po kreowanie modelu tzw. moralności socjalistycznej. I tak wielu przyjeżdżających na wczasy robotników po raz pierwszy w życiu porządnie umyło zęby, starało się poprawnie jeść sztućcami i spać w piżamie. W czasach gomułkowskich podjęto wśród mas pracujących akcję promocji czytelnictwa, a wycieczkom krajoznawczym towarzyszyło pogłębianie znajomości oficjalnej wersji historii Polski, w kolejnych dekadach na turnusach dla młodych małżeństw słuchano prelekcji z zakresu świadomego macierzyństwa, seksuologii, „podnoszenia poziomu kulturalnego, etycznego i ideowego rodziny”. Zawsze starano się przestrzegać tzw. laickiego modelu wypoczynku, co niekiedy doprowadzało do sytuacji absurdalnych: np. wypoczywającym w okresie Bożego Narodzenia w Wigilię podawano dania mięsne (co przy brakach na rynku wymagało niemałej determinacji), a choinkę pozwalano ubierać dopiero na Sylwestra ( więc, jakby nie patrzeć, po świętach).
 
Kultura wypoczynku propagowana przez organizatorów wczasów pracowniczych rzeczywiście stworzyła pewien model zachowań, początkowo traktowany jako nowość, przez kolejne pokolenia przyjmowany za oczywistość. Model ten odbiegał jednak – niekiedy w znacznym stopniu – od oczekiwań władz.
Na wczasach kwitły romanse. Do zdrad małżeńskich (jakże niezgodnych z socjalistyczną troską o dobro podstawowej komórki społecznej) dochodziło tym łatwiej, że w pierwszych dziesięcioleciach skierowanie na wczasy otrzymywał konkretny pracownik, bez współmałżonka i tym bardziej – dzieci. W związku z tym na tego rodzaju wyjazd decydowały się głownie samotne kobiety i żonaci mężczyźni. Skutki były łatwe do przewidzenia. Sytuację zmieniły nieco wczasy zakładowe i rodzinne, na które w złotych czasach „średniego Gierka” zabrać można było nawet kuzynkę trzeciego stopnia i ciotecznego dziadka. Nie wpłynęło to jednak znacznie na atmosferę swobodnej rozwiązłości, panującą podczas wieczorków zapoznawczych i różnych gier towarzyskich. Zdarzało się więc, że po wczasach dla młodych małżeństw, w duchu dbałości o poziom kulturalny, etyczny i ideologiczny rodziny dochodziło do szybkich rozwodów, a następnie kolejnych ślubów. Byle zdążyć n przyszłoroczny turnus. Wszak wczasy pracownicze były podstawowym prawem człowieka i obywatela PRL.
 
Katarzyna Uczkiewicz

tekst ukazał się w kwartalniku "Pamięć i Przyszłość" nr 2/2009 (4)

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura