Jako człowiek wychowany chwilę temu mam wpojone, że prawdziwy facet musi wiedzieć jak naprawić wszystko czego w domu używa. Oczywiście wpajano mi to dawno temu więc i zasada dotyczyła urządzeń "z dawno temu...". Ale człowiek zawzięty i stara się "nadanżać" za techniką. No i dłubie ci ja we wszystkim, do szewskiej pasji doprowadzając żonę - a to ogromne osiągnięcie wyprowadzić ją z równowagi - rozkładając na stole warsztat z małym imadełkiem włącznie. Choć żona jak wspominałem fucy, to wie, że każdy znaleziony przez nią dziwny element czegoś, śrubka, drucik czy sprężynka są potencjalnie ratującymi życie ważnymi częściami zamiennymi.
Przeciwko wychowaniu i zasadzie zgrzeszyłem raz. Z braku czasu, a i chęci, poprosiłem "fachowca" do pralki. Przyszedł, rozebrał, zabrał bęben, przyjechał, wstawił, zmontował i odpalił. Ja tylko pomalowałem zbiornik specjalną emalią likwidując obdarcia od urwanego bębna. Pralka pochodziła pół roku - wcześniej bezawaryjnie działała 10 - i zatłukła się znów.
Tym razem zabrałem się za nią sam. Uwaga teraz część nudna, techniczna, wpisu, no dobra, jeszcze nudniejsza niż wcześniejsza.
Pralka ładowana od góry ma bęben zawieszony na dwóch wspornikach. Każdy ma swoje łożysko. Jeden ze wsporników jest napędzany, on kręci bębnem, a drugi, tzw bierny, tylko się kręci w łożysku. Poniżej zdjęcia tego co zastałem .
To zdjęcie wspornika biernego pokazuje jaki wymiar powinien mieć wspornik napędzający.
A tu co zastałem
Za komuny każdy musiał kombinować. Każdy musiał być po części murarzem, malażem i przysłowiowym akrobatą. Przez lata wykształcaliśmy umiejętność radzenia sobie, improwizowania i niesamowicie kreatywnego myślenia. Nie było fachowca nad Polaka. Fakt, świat wtedy nie należał do najbardziej skomplikowanych i taka budowa Malucha nie odstraszała domowych dłubaczy, ale nie tylko o naprawę mi chodzi. Pamiętam te setki "esioków" na ramach z bele czego, nawet szyn kolejowych. Te maszyny rolne z "wuefemki" , z silnika Malucha , wielkim kołem zamachowym i skrzynią od Nysy. Inne miliony "patentów", na licznik, na szklarnie itd. No nie było chyba obszaru, w którym nie byłoby polskiego patentu.
Teraz, to wszystko niestety zanika. Nie kombinujemy, bo nie musimy. Niektórzy mówią, że to normalność wkracza w nasze życie, a ja się martwię. Szkoda mi tej wrodzonej polskiej natury kombinatora - w pozytywnym sensie. Brakuje mi tej dociekliwości w postrzeganiu tego co wokół. Obawiam się, że kolejne pokolenia będą już tylko zwykłymi europejczykami, bez tej nuty "macgyveryzmu", tego abstrakcyjnego myślenia.
Obawiam się, że przyjdą fachowcy i znów nas.....
A na koniec klip od naszych braci w biedzie Rosjan. Oni musieli kombinować podobnie do nas i jak widać do dziś wiedzą jak sobie poradzić z brakiem,czy tam awarią, silnika



Komentarze
Pokaż komentarze (24)