O bary mleczne, które przetrwałyście w mieście nad Wisłą, jak Was nie kochać miłością młodzieńczą? Za komuny sławne pomidorową z ryżem i naleśnikami.Dzisiaj, po tylu latach transformacji jesteście niezmienne jak te… naleśniki z serem posypane cukrem oraz surówka z surowej marchwi na śmietanie.
W barze „Familijnym” to wspomnienie PRL kosztuje dzisiaj 2,74 złotego za dwa naleśniki plus dwa złote za marchew. Można oczywiście zamówić trzy, wtedy wyjdzie nieco drożej. Gdy naleśników brak, żelazny zestaw numer dwa – kopytka i kisiel.
Klientów mleczaka w połowie Nowego Świata można podzielić na cztery kategorie. Pierwsza, najszersza, to stali bywalcy. Renciści, emeryci, ubodzy w środki, którzy dzięki dotowanym posiłkom mogą zmieścić się z obiadem pomiędzy 5 a 7 złotych. Sporo bezdomnych. Są u siebie, bo te nieco zaparowane okna zdają się wołać do zziębniętych: niech każdy przyjdzie do mnie, wykarmię. Druga grupa to także ubodzy, ale za to młodzi – studenci, uczniowie, pełno ich tu ze względu na bliskość uniwersytetu. Sporo przyjezdnych, także z zagranicy. Twarze młode, uśmiechnięte, zadowolone. Jest też grupa trzecie, sentymentalna: to wychowankowie PRL-owskich mleczaków. Zdarzają się wśród czerwone maklerskie szelki z pobliskiej Giełdy i ludzie bardzo dobrze sytuowani. Stać ich na biznes-lancz za kilkadziesiąt złotych płatne kartą w jednej z modnych knajpek na Placu Trzech Krzyży, ale przychodzą na naleśniki, pomidorową czy leniwe do „Familijnego”. Ba, niektórzy nawet biorą na wynos, dla rodziny. Nie raz, nie dwa chochla kucharki zapełniała słoik twist-off zupą czy drugim daniem. Bo nic nie przebije mleczaka na Nowym Świecie. Z jego starą jak świat boazerią (najbardziej rozczulająca jest mała tabliczka z nazwiskiem projektanta), starych talerzy „społem”, rytuału czyszczenia aluminiowych sztućców cienkimi niczym pergamin serwetkami…
Michał stanowczo zaliczał się do grupy „sentymentalnych”. Lubił to miejsce i wkurzył się nie na żarty, gdy minister finansów jednego z rządów zaproponował likwidację dopłat do barów, w celu zaoszczędzenia… bagatela, dwudziestu milionów złotych. Dwadzieścia milionów złotych tu, a tysiące emeryckich, rencistowskich, bezdomnych, niech będzie sentymentalnych głodomorów tam. Jako dziennikarz z kolegami po fachu („czy nie chcesz już zjeść naleśników za 1,85?” wiadomo, inflacja) rozpętał akcję w mediach. Skuteczną. Po paru dniach premier lewicowego (nomen omen) rządu zrugał swojego ministra i bary ocalały. I tak stoją już parę lat w otoczeniu butików, modnych sklepów na Nowym, ciekawe jak długo? - Dawno u nas pana nie było – przyjazny głos sprzedawczyni za kasą rozległ się po odstaniu obowiązkowego o tej porze ogonka.
- Ano, praca… Jeździłem trochę –
- Naleśniki i marchew?
- Tak, dla mnie trzy. Dla koleżanki dwa. Plus dwie marchwie.
- Ze śmietaną.
- Oczywiście. Jak was życie traktuje?
- Bez zmian, stara bida…
- Nie likwidują was, jak reszty na Nowym Świecie? Władze chcą tutaj deptak, żeby bezdomni czy emeryci nie przeszkadzali w zakupach w butikach...
- Na razie nic nie słychać...
Tutaj następił charakterystyczny chrzęst (kasa jak najbardziej ręczna) i wylatywał paragon ze standardowym napisem. Dopiero na nim sprawna ręka ekspedientki zapisywała „3 N + N” a pod spodem „ma…” z zygzakiem i Michał mógł udać się do okienka, gdzie wydają posiłki. Gdy paragon został nabity na wystający gwóźdź, pozostawało tylko sięgnięcie po cieniutkie serwetki (zawsze się sklejają, zawsze) i wytarcie aluminiowych widelców. O tej porze z reguły w barze tłoczno, więc trzeba się dosiadać do pojadających nad ceratowymi stolikami...


Komentarze
Pokaż komentarze (4)