27 obserwujących
443 notki
446k odsłon
431 odsłon

Postacie SWII. Przyczynek do recenzji książki prof.de Mattei

Wykop Skomentuj2

Swoją recenzję książki prof. Roberta de Mattei Sobór Watykański II. Historia dotąd nieopowiedziana opublikowałem końcem września na stronach Dziennika Parafialnego. Poniższe refleksje traktuję jedynie jako pewien dodatek do tamtej recenzji, do której na początek odsyłam.
Wracając do tej ważnej książki, chciałbym napisać o pięciu postaciach soboru watykańskiego II – w kontekście tego, co wniosła do mojej wiedzy czy podejścia do nich lektura książki włoskiego historyka. Dotykam tutaj szczególnie tych spraw, które mnie w jakiś sposób zaskoczyły. Trzeba przyznać autorowi, że każdą z postaci, nawet jeśli pokazuje je w negatywnym świetle, prezentuje obiektywnie, wskazując także jej zalety.
Jan XXIII
Wbrew powszechnie panującym opiniom – to nie jest papież, którego można łatwo zaklasyfikować jako liberała, nowatora. Trudno powiedzieć, jak potoczyłby się Sobór, gdyby bł. Jan XXIII pożył dłużej. Warto wiedzieć, że jego pierwotna wizja soboru zakładała, że potrwa on około dwóch miesięcy. Wszystkie schematy były gotowe. Były to schematy konserwatywne. Wszystkie zostały zatwierdzone przez papieża bez zastrzeżeń. Kontestował on tylko pewne fragmenty schematu o liturgii, najbardziej liberalnego. Ojcowie soboru odrzucili wszystkie schematy skrzętnie przez wiele miesięcy przygotowywane przez komisje. Przyjęli tylko ten o liturgii (choć z licznymi zmianami) – do którego papież miał zastrzeżenia. Jednocześnie Jan XXIII puścił sobór swoim torem, nie zablokował łamiących regulamin inicjatyw liberałów, a wręcz był z nich zadowolony. Szeroko mówił też o uwspółcześnieniu i otwarciu na świat. Ale łatwe szufladkowanie tego papieża jest głęboko niesprawiedliwe.
Najbardziej zabawne jest to, że po jego śmierci liberalni teologowie zawsze chętnie wykorzystywali jego imię. Gdy Paweł VI blokował jakieś ich inicjatywy, natychmiast biegli do mediów i skarżyli się, że to nie jest zgodne z ideą soboru (i Kościoła), jaką miał Jan XXIII. Cóż, w końcu zmarli nie mają szansy się bronić. Swoją drogą brzmi to bardzo znajomo. Ot, choćby dla nas, Polaków. W polskiej polityce mamy dziś co najmniej kilka wcale nie zbieżnych ze sobą nurtów, które chcą realizować „prawdziwą” linię śp. Lecha Kaczyńskiego (choć ja akurat jestem krytyczny wobec każdego z nich).
Paweł VI
Nie ulega wątpliwości, że pontyfikat Pawła VI był najgorszym pontyfikatem dla Kościoła od czasów reformacji i Soboru Trydenckiego. Kościół, zwłaszcza na Zachodzie Europy, ale także w Stanach Zjednoczonych i w większości krajów Ameryki Południowej – wyszedł z niego głęboko pokaleczony. Posypał się niczym domek z kart – powiedzielibyśmy, gdybyśmy do rzeczywistości Kościoła chcieli przykładać jedynie ludzkie kategorie.
A jednak z kart książki prof. de Mattei papież Montini nie wyłania się jako jakiś czarny charakter, ale raczej jako postać tragiczna. On sam dostrzegał wielokrotnie, w jak złym stanie jest Kościół. Jednocześnie do końca swojego pontyfikatu nie potrafił wyjść ze schematu postrzegania kryzysu raczej jako szansy na nowe otwarcie oraz z aplikowania w coraz większych i silniejszych dawkach „lekarstwa”, które od środka wyniszczało organizm Kościoła.
Niemniej, po przeczytaniu książki profesora – co niektórych czytelników może zaskoczy – mam więcej sympatii, zrozumienia, jakiegoś rodzaju współczucia dla tego człowieka, którego opinie i również polityczne decyzje okazały się tak głęboko nietrafione. Postaci do głębi samotnej, w dużej mierze zdradzonej po soborze przez tych, na których – jak się wydawało – mógł liczyć najbardziej.
Jeśli chodzi o sam okres soboru, warto pamiętać tzw. „czarny tydzień” (to oczywiście określenie soborowych liberałów), gdy Paweł VI, pod koniec III sesji soboru, niemal hurtem zablokował liberałom cztery ważne projekty. Niejeden raz podczas prac soboru potrafił wznieść się ponad podziały – nie zawsze wspierał swoje dawne środowisko. To sam papież zainicjował również nadanie Maryi tytułu Matki Kościoła i z dużym zdecydowaniem przeprowadził tę inicjatywę.
Kard. Wyszyński a bp Wojtyła
W pewnych kręgach przyzwyczailiśmy się do schematycznego myślenia, że kard. Wyszyński wspierał na soborze konserwatystów, a bp Wojtyła bratał się z liberałami. Oczywiście ogólnie tak było, ale w szczegółach – już nie. Prof. de Mattei rzadko nawiązuje do Polaków obecnych na soborze. Tam jednak, gdzie nawiązuje, doskonale widać, że podział nie był tak jednoznaczny. Kardynał Wyszyński jest np. pokazany jako ten, który wypowiedział się na soborze zdecydowanie przeciw użyciu tytułu Kościoła walczącego. Z kolei bp Wojtyła włożył bardzo pozytywny wkład w prace nad konstytucją Gaudium et spes – zresztą trzeba pamiętać, że w sprawach moralnych był on zawsze bardzo konserwatywny, także jako papież.
Ks. René Laurentin
Na koniec przypadek osoby, którą bardzo cenię, a co do której spotkał mnie pewien zawód. Przez całe studia teologiczne zdecydowanie najwięcej uwagi poświęcałem mariologii. Uczyłem się jej głównie od o. Celestyna Napiórkowskiego. Generalnie obracałem się bardzo mocno w kręgu minimalistów (zwolenników tzw. mariologii eklezjotypicznej – Maryja typem Kościoła). Ale gdy dobrze poznałem i przyjąłem posoborową mariologię, byłem otwarty na zrobienie kolejnego kroku – zrozumienie tej dawnej. I ważnym pomostem na tej drodze ku zaakceptowaniu starszej mariologii maksymalistycznej była książka ks. Laurentina pt. Matka Pana. W stosunku do o. Napiórkowskiego ks. Laurentin jest bardzo konserwatywny.
Bardzo zaskoczyło mnie, że na soborze to on zainicjował poważne zmiany, jakie zaszły w mariologii (a które potem w dużej mierze wycofał – przynajmniej w nauczaniu oficjalnym – pontyfikat Jana Pawła II).
Congar był wspierany przez Rahnera i młodego mariologa René Laurentina, największego przedstawiciela „minimalistów”, który zasłużył się rozpoczęciem wojny antymaksymalistycznej na soborze.
(…)
Sygnałem ofensywy antymaksymalistycznej było opublikowanie, tuż przed zbliżającą się drugą sesją soboru książki samego Laurentina La question mariale [Kwestia Maryjna], w której „ruch Maryjny” został przedstawiony jako problem (s. 239).
Konkluzja
Lubimy dzielić ludzi na bohaterów i czarne charaktery. Lubimy szufladkować – sprzymierzeńców i wrogów. A życie nie jest takie proste. Granica pomiędzy dobrem a złem zazwyczaj przebiega przez serce człowieka i dotyczy jego konkretnych decyzji.
Wykop Skomentuj2
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo