6 obserwujących
51 notek
67k odsłon
1465 odsłon

Pół roku po śmierci irańskiego generała

fot.wikipedia
fot.wikipedia
Wykop Skomentuj19

3 stycznia zaczął się ten dziwny rok. Wedle szybko potwierdzonych doniesień w Bagdadzie zginął Kassem Soleimani - jeden z czołowych globalnych rozgrywających, generał Irańskiej Gwardii Rewolucyjnej - żelaznej pięści Teheranu. Na kilka tygodni światowe media zaczęły odmieniać słowo „wojna” przez wszelkie przypadki i języki, a opinia publiczna usłyszała o człowieku tak ważnym, że nikt się nie zastanawiał dlaczego nazwisko Soleimani było znane jedynie ekspertom i pasjonatom regionu. Niemniej wielkie wydarzenie, które mogło zaognić świat nim wirus z Wuhan oficjalnie się objawił, po zaledwie pół roku jest wspomnieniem lub nie istotnym faktem, który nie zakłócił rytmu doczesności.

W dalszym ciągu nie wiele wiadomo czemu doszło do zamachu, który swoimi skutkami mógł się równać z Sarajewem w 1914. Wedle pewnych przecieków lub celowych dezinformacji, Soleimani przyjechał do zbuntowanego Bagdadu aby ukierunkować zgodnie z interesami Teheranu iracką antyrządową rewoltę. Zarówno w Bagdadzie jak i w Bejrucie trwały protesty, które zmiotły ekipy odpowiednio Al-Mahdiego i Harririego, a w samym Iranie ajatollahowie krwawo gnietli swoich „wichrzycieli” i „warchołów”. Jesienna zawierucha polityczna w „szyickim półksiężycu” ciągnącym się od Teheranu (lub jak inni wolą dodawać, że nawet i Kabulu) do Dahyji – szyickich dzielnic Bejrutu zachwiała perskim dominium. To wymagało natychmiastowej interwencji. Jednak Bliski Wschód to nie Europa, szczególnie Środkowa i Wschodnia. W Lewancie polityka musi się opłacać, a Teheran sam cierpiący na potężne deficyty poprzez sankcję i blokady utracił możliwość kupowania sobie sojuszników i przyjaciół. Tak więc co mógł zaproponować Soleimani w Damaszku, Bejrucie czy Bagdadzie?

W jedynym udzielonym wywiadzie na kilka tygodni przed śmiercią irański generał wspominał wojnę w Libanie w 2006 roku, którą miał spędzić w Bejrucie razem ze swoimi „przyjaciółmi” z Hezbollahu Imadem Mougnyją i Hassanem Nasrallahem. Był to jasny komunikat do sponsorowanych przez Teheran „przyjaciół” z szyickiego Hezbollahu, aby w czasie napięcia pomiędzy Teheranem a Waszyngtonem Libańczycy nie zapomnieli o karmiącej ich ręce. Co więcej, udział Soleimaniego jak i w ogóle Irańczyków w tej wojnie burzy wewnątrz libańską narrację Hezbollahu, że jest to organizacja libańska, która walczy w imię libańskich interesów z izraelskim agresorem. Zakorzenienie Hezbollahu w libańskim systemie politycznym tworzy nie do końca korzystną dla Teheranu koniunkturę, albowiem Nasrallah nie pójdzie na kolejną konfrontację z Izraelem, albowiem Tel-Awiw od dawna zapowiadał, że w trzeciej rundzie zrówna Liban z ziemią. Co więcej, w Libanie nie ma żadnych nastrojów wojennych i chęci na kolejną wojnę, a więc nimb Hezbollahu jako obrońcy narodu może prysnąć co może być dla nich jeszcze większą katastrofą niż potencjalne wielomiliardowe zniszczenia wojenne. A Liban jest kluczowy dla irańskich interesów. To szyicki Hezbollah, mający granicę z Izraelem jest najlepszym gwarantem i żyrantem bezpieczeństwa reżimu w Teheranie. Nie można militarnie interweniować w Iranie z Hezbollahem gotowym do ataku na Izrael, tylko czy libańscy szyici będą ryzykować dla swoich protektorów? Tego pewnym być nie można.

Solemani był twarzą polityki konfrontacyjnej z Arabią Saudyjską i Izraelem. Z tym, że czasy się zmieniają chociaż wrogość zostaje. Nienawiść pomiędzy Teheranem a Rijadem jest szczera, powszechnie znana i nigdy nie ukrywana. Jednak to w cale nie oznacza w świecie poważnej polityki ostrzenia noży. Zarówno w Iranie jak i w Saudach wiedzą, że przez jakiś kaprys Allaha są na siebie skazani. Można sobą pogardzać, ale nie wolno ignorować prawdziwego oblicza i kluczowym interesów. Od ponownego zerwania stosunków dyplomatycznych w 2015 roku dialog pomiędzy Iranem a Arabią Saudyjską prowadzony jest przez Emiraty Arabskie i on w obliczu prezydentury Donalda Trumpa dość mocno się zintensyfikował. Młody następca saudyjskiego tronu Mohammed ibn Salman, który wysłał armię saudyjską do Jemenu nie pójdzie na otwarty konflikt z Iranem. Tak samo w Iranie nie widzą sensu inwazji na królestwo Saudów, chociaż wielu irańskich „siłowików” o tym marzy, to konsekwencję tego kroku byłyby tragiczne a zyski żadne. Zarówno Saudowie jak i ajatollahowie nie chcą stać się kolejną wojną zastępczą „proxy war” wobec geopolitycznego przetasowania, które ma miejsce. Ameryka chroni Saudów, ci jednak wiedzą, że ten stan może się w przewidywalnym czasie zakończyć. Natomiast Teheran ma coraz bardziej kolizyjnie z Moskwą, z którą Iran zaczyna mieć całkowicie sprzeczne interesy w Syrii, w Iraku jak i w planach ekspansji gazociągów, albowiem to irański gaz może ograniczyć plany imperialne Władimira Putina. Do tego jeszcze dochodzą Chiny, które z perspektywy Azji stanowią śmiertelne zagrożenie, co jest podzielane również w perskiej świadomości. Wystarczy rzut oka na mapę, że sojusz albo raczej wspólnota interesów Iranu i Ameryki jest aż nad to widoczna.

Wykop Skomentuj19
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka