Całkiem niedawno media lokalne (bo rzecz dotyczy mojego miasta) i ogólnokrajowe ogłosiły z dumą wprowadzenie nowego ulepszenia w życiu przeciętnego człowieka - bankomat, który rozpoznaje odcisk palca czy może uścisk dłoni swojego klienta i na tej podstawie dokonuje wypłat. Ewentualnie ma się rozumieć i po zaspokojeniu należytych zabezpieczeń. Skoro w staromodnych bankomatach na kartę jednym z takich zabezpieczeń jest możliwość zatrzymania karty fałszywej czy niedobrej, to rozumiem, że nowy system zostanie wyposażony w odpowiedni chwytak, który przytrzyma łapkę delikwenta, próbującego skorzystać z kasy, jaka mu się nie należy. Jedynie do chwili przybycia odpowiednich służb ma się rozumieć, na przykład do najbliższego poniedziałku rano.
Radość mediów była powszechna, a skoro powyższą operację zaprezentowano jako wielkie osiągnięcie na drodze do powszechnego dobrostanu, należy się obawiać, że jak każde dobrodziejstwo i to wkrótce stanie się przymusowe. To znaczy, że będę musiał porzucić swoją prymitywną kartę bankową z PIN’em, przeżytek XX wieku i dać się systemowi gruntownie zeskanować. Kiedy to sobie uświadomiłem, nie wiedzieć dlaczego przypomniała mi się książka polskiego fizyka i autora sci-fi Janusza Zajdla, wydany w 1982 roku „Limes Inferior”.
Autor tej pracy z zakresu fantastyki społecznej przedstawia interesującą wizję świata, w którym udało się wreszcie połączyć pozornie sprzeczne zdobycze kapitalizmu i socjalizmu. „Kluczowym” (nomen omen) gadżetem tej cywilizacji jest tak zwany klucz, urządzenie rozpoznające palce właściciela, będące równocześnie dowodem osobistym, prawem jazdy oraz elektronicznym portfelem - czymś w rodzaju współczesnej karty chipowej. Obywatel bez klucza formalnie nie istnieje - nie może nic kupić ani sprzedać, nie może nic załatwić. Wystarczy ci zablokować klucz - i jesteś załatwiony.
Jednak na drodze do idealnego społeczeństwa „Limes Inferior” występują liczne błędy i wypaczenia, w tym niezwykle różnorodny świat przestępczy. Elitą tego świata są tak zwani „zdziercy”. Zdzierca wyszukuje obywatela posiadającego w swoim kluczu gotówkę, zabija go, następnie sobie wiadomą techniką ZDZIERA mu skórę z dłoni i opróżnia klucz, dopóki skóra nie „wystygnie”. Obrzydliwe, prawda ? Tyle, że 30 lat temu była to jedynie mroczna wizja autora fantastyki. Dzisiaj pojawiają się warunki techniczne, żeby nastąpiła skuteczna realizacja.
Przedwczesna śmierć w 1985 roku przerwała karierę pisarską Janusza Zajdla, nie doczekał zatem, przynajmniej w Polsce, realizacji swojej wizji twórczego połączenia zdobyczy dwóch „pozornie” przeciwstawnych systemów. Jednak współczesna Unia Europejska, będąca piorunującą (i moim zdaniem na dłuższą metę zabójczą) mieszanką rynku z socjalizmem, wydaje się niepokojąco do tej wizji podobna. Nie będę tu streszczał całej książki, zachęcam do samodzielnego czytania. Wspomnę jeszcze tylko, że znajdziemy tam między innymi bardzo inteligentny opis systemu pseudo awansu zawodowego. W "Limes Inferior", na skutek ścisłego powiązania pozycji społecznej (i pracy, która nie dla każdego jest dostępna) ze zdobytym formalnym wykształceniem wytwarza się skomplikowany system pozorowania poziomu inteligencji. Głównie poprzez kantowanie na testach przez podstawione osoby. W konsekwencji najwyższe stanowiska zapełniają się ludźmi coraz bardziej miernymi intelektualnie, podczas gdy ci najbardziej uzdolnieni pozostają w cieniu. Jak w życiu ?
Wniosek ogólny jest oczywisty. Warto czytać samemu, warto namawiać wszystkie osoby uważające się za myślące do czytania Janusza Zajdla, do czytania mądrej fantastyki, DO CZYTANIA KSIĄŻEK w ogóle. A szczególnie warto zachęcać do czytania dzieci i młodzież. Jest dokładnie tak, jak mówi hasło mądrej akcji promocyjnej: „czytanie uczy myślenia”. A ponieważ prawdą jest również, że „myśl jest bronią”, zachęcając naszych przyjaciół i ucząc nasze dzieci myślenia powodujemy, że nie są już całkiem bezbronni. Czy wyobrażacie sobie Państwo, jak potwornie niebezpieczne dla władzy stałoby się społeczeństwo, które masowo wyłączyłoby telewizory i chwyciło za książki ? A jakiej drżączki dostaliby wtedy globalni sprzedawcy ? Co z bożkiem „oglądalności”, czymże go zastąpić ? „Czytalnością” ? Wolne żarty. Może by i próbowano umieszczać reklamy w książkach, ale pomysł jest chybiony. O ile bowiem w przypadku telewizji, dzięki wieloletniej tresurze, z góry wiadomo jakie grupy społeczne i kiedy zasiądą przed odbiornikami, aby ponownie „wziąć pigułkę” („weź pigułkę, weź pigułkę” - czasem i filmy bywają prorocze, prawda ?), o tyle w sprawie książek panuje dużo większa wolność - bardzo trudno przewidzieć, kto, co, po co i kiedy przeczyta. I co z tym potem zrobi.
Bo jakoś tak to już jest, że jeden pisarz, profesor dziwnych i zapomnianych języków, mógł w zaciszu swojego gabinetu, na kartach książki stworzyć wizję o takiej mocy, że przez następne dziesięciolecia inspirowała miliony. Że mógł powołać wielokrotne, równoległe światy w wyobraźni czytelników. A kiedy w końcu sztab setek filmowców, wyposażony w miliony dolarów i najszybsze komputery 3D spróbował tę wizję pisarza przenieść na ekran, dał radę zaledwie zbliżyć się do jej mocy, zaledwie dotknąć tajemnicy. Tak daleko jeszcze nie zaszliśmy, żeby sfilmować myśli …
P.S. Umieściłem ten tekst w dziale Kultura. Bardziej pasuje, niż do działu Nowe Technologie. Ale osobiście uważam, że przydałby się na Salonie 24 dział szerszy, bardziej ogólny: Cywilizacja.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)