GGo GGo
114
BLOG

Mój koniec świata.

GGo GGo Rozmaitości Obserwuj notkę 0

    Świat miał kończyć się już wielokrotnie i choć sam jestem jeszcze młody, to przeżyłem co najmniej kilka tego typu zdarzeń. Miałem do czynienia z nowym milenium i rokiem 2012, oraz wieloma mniej lub bardziej eksponowanymi publicznie wizjami, datami i rodzajami końca świata. Temat ten nie jest obcy żadnemu, każdy choć raz w swoim życiu rozmyśla taką ewentualność, tym bardziej w czasach, kiedy jesteśmy wręcz bombardowani odkrytymi szyframi starożytnych cywilizacji (które często ukazywane są jako "łącznicy" ludzkości z cywilizacjami pozaziemskimi), odkrytymi zagrożeniami z przestrzeni kosmicznej, możliwych skutkach degradacji środowiska przez człowieka, filmami, książkami, a nawet grami komputerowymi o podobnej tematyce. Wszyscy uświadamiają nas, że koniec jest nieunikniony, a my "nie znamy dnia ani godziny". Koniec tego świata nie jest tematem tabu, wszyscy szukają rozwiązania tej zagadki i wręcz czasem niecierpliwie wyczekują zagrożenia. Są też ludzie, którzy już teraz są gotowi na takie zagrożenie. Tacy ludzie potrafią zapasy żywności na kilka lat, zbudować schron, który przetrwa ataki nuklearne i być zwartym i gotowym na okoliczności od powodzi, przez wybuch superwulkanu i kosmiczne bombardowanie aż po atak zombie. Koniec świata stał się po prostu modny. Zwłaszcza teraz. Temat ten wkradł się w pop kulturę i czuje się tam wygodnie, bo im bliżej przewidywanej przez naukowców katastrofy czy daty podanej przez antyczne cywilizacje, ludzi opętanych lub mających wizję i filozofów, tym bardziej temat ten staje się popularny i generuje niesamowite dochody branży filmowej, literackiej czy komputerowej. Jednak nie jest to temat nowy. Koniec świata przeżyło już wielu ludzie na przestrzeni wieków i obawiano się go przy wszystkich pełnych tysiącleciach, a nawet co pięćset lat. Ludzie zawsze byli załamani i niepewni swojej przyszłości na krańcach epok. Zawsze byliśmy przekonani, że po naszych czasach nie będzie już następnych, jednak w przyrodzie nic nie ginie, a po każdym przełomie i po każdej chylącej się ku upadkowi epoce pojawiała się następna. Końca świata bano się gdy mocarstwa podbijały mniej cywilizowane nacje, kiedy rycerstwo odeszło w niepamięć i stało się jedynie chwalebną historią rodu szlacheckiego, kiedy wprowadzono broń palną, każdej wojny, a nawet wprowadzania niektórych nowinek technicznych. Wszystko to było zapowiedzią nadchodzącej zagłady. Dziś napędza to showbisnes, kiedyś prowadziło ludzi do Boga, jednak zawsze czuliśmy niepewność jutra. Jednak nie obawiałbym się wybuchów nuklearnych, potopu czy innych scen katastroficznych. Matka natura nie toleruje próżni, jeśli coś zniknie, to jedynie przerodzi się w coś innego, a życie toczyło się będzie dalej. Tak przecież nasza Ziemia radziła sobie miliardy lat. Dlaczego miałaby nagle przestać? Czy stała się bardziej ułomna chorując na niezwykle rzadką chorobę, która ewoluuje i nawet uczy się rozprzestrzeniać - ludzi? Nie sądzę. Raczej dla Ziemi ludzie są jedynie pchełkami, taką delikatną niedogodnością, raczej nie jesteśmy w stanie wpłynąć na nią tak, żeby ta nie mogła sobie z tym poradzić. Ktoś może powiedzieć: "A co jeśli dinozaury wyginęły, bo nadużywały dezodorantów i stworzyły dziurę ozonową, więc Ziemia pozbyła się ich uważając za szkodników?" To całkiem proste. Dinozaury wyginęły, a ssaki mogły wyjść z ukrycia i rozwinąć się, ewoluować. To taka sama ewolucja jak wyparcie koni jako podstawowego środka transportu przez samochód, tylko w większej skali, zagłada zdarza się zdecydowanie rzadziej. Jednak kiedy ludzie zginą, to nie przekreśli życia i rozwiną się kolejne formy, co więcej jestem przekonany, że będą one mądrzejsze od nas.

    Jeśli o mnie chodzi, to wierzę, że każdy z nas ma własny koniec świata. Kiedy byłem małym chłopcem, byłem zuchem, teraz nie widuję w mojej okolicy żadnych harcerzy, a drzwi do świetlicy, w której odbywały się spotkania dawno stoją zamurowane. Sama moja szkoła podstawowa obejmowała dwa budynki, w jednym z nich uczyły się dzieci w klasach 1-3, a drugim starsze. Kiedy skończyłem trzecią klasę, naturalną koleją rzeczy było przeniesienie nas na nowy poziom, czyli do "dużej szkoły", drugiego budynku. Byliśmy ostatnim jego rocznikiem, gdyż po naszym przejściu zamurowano tamten budynek, a klasy 1-3 przeniesiono do drugiego. Rok później "małą szkołę" zburzono, a na jej miejscu powstał parking dla mieszkańców bloków na tym osiedlu. W gimnazjum natomiast należałem do oazy, jednak ta rozpadła się w miesiąc po moim odejściu. Należałem też do sekcji wspinaczkowej, ta zaś przeniosła się na inną dzielnicę, gdzie wybudowano nową ściankę, utrudniając naturalną i przyjemną edukację szkoły za którą ją bardzo ceniłem. W trzeciej klasie technikum moją szkołę przeniesiono i złączono z inną w jednym budynku, ale administracyjnie były to odseparowane zespoły szkół. Oczywiście kiedy musiałem zgłosić się po odbiór dyplomu technika nie było już sekretariatu mojej szkoły, gdyż po prostu nie istniała, a zjednoczyła się z drugą szkołą tracąc własną nazwę i dyrekcję. Jak mam w tej sytuacji przekazać tą nowinę na uczelni, w której się teraz uczę? Jak powiedzieć im, że czekająca ich przyszłość nie jest świetlana? Tak więc naturalnym pomysłem, jaki zrodził się w mojej głowie jest to, że koniec świata nastąpi po mojej śmierci. I właśnie w to wierzę, bo tak będzie. Dla mnie końcem świata będzie moja własna śmierć, tak jak dla każdego z was będzie wasza. Każdy będzie miał własny koniec świata. A zagłada ludzkości? Nie będzie końcem świata, a jeśli już, to naszego świata. Będzie jedynie naszym końcem. Każdego z nas dosięgnie ta chwila, więc czy nie warto cieszyć się każdą chwilą i delektować życiem zamiast wypatrywać tego końca? Czy widzimy świat w aż tak ciemnych barwach, żeby wyczekiwać tej zagłady, zamiast po prostu pogodzić się, że będzie i wykorzystać dany nam czas? 

  

GGo
O mnie GGo

Bywam miły, ale ostatnio mi się to znudziło. To jaki jestem zależy od wielu czynników.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości