AI
AI
Tomasz Szymborski Tomasz Szymborski
54
BLOG

Jak władze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego igrały z życiem chorych na raka dzieci

Tomasz Szymborski Tomasz Szymborski Zdrowie Obserwuj temat Obserwuj notkę 0
Po dwóch miesiącach ignorowania władze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego przyznały, że popełniły błąd likwidując oddział w GCZD i protest rodziców dzieci chorych na raka był słuszny.

Ten skandal ukazał bezradność komunikacyjną SUM oraz arogancję Rektora, który odpowiada za ten skandal. Na szczęście 31 sierpnia na stronie SUM ukazała się informacja, która przywraca normalność.

Śląskie Centrum Onkologii i Hematologii Dziecięcej w Zabrzu miało być inwestycją, która pokaże siłę śląskiej medycyny. Nowy budynek, nowoczesna infrastruktura, dziesiątki łóżek i obietnica stworzenia jednego z najważniejszych ośrodków onkologii dziecięcej w regionie. Tymczasem wraz z otwarciem Śląskiego Centrum Onkologii i Hematologii Dziecięcej w Zabrzu pojawiło się pytanie, którego nie dało się przykryć ani nową elewacją, ani konferencją prasową, ani atakami na rozsądnych lekarzy: czy system naprawdę przygotował bezpieczne miejsce leczenia dla dzieci?

8 sierpnia, godzina 20. W sali na oddziale Śląskiego Centrum Onkologii i Hematologii Dziecięcej w Zabrzu dziecko choruje na nowotwór, ma skrajnie niski poziom płytek krwi i zaczyna silnie krwawić z nosa i ust. Pielęgniarki zakładają opatrunek za opatrunkiem, tamponadę za tamponadą. Krwotoku nie udaje się opanować. Mijają minuty, potem godziny — w sumie trzy — a przy dziecku wciąż nie ma laryngologa, mimo wcześniejszych zapewnień dyrekcji Samodzielnego Publicznego Szpitala Klinicznego Nr 1 im. prof. Stanisława Szyszko Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach, że specjalista będzie dostępny na miejscu. 

Nie były to sceny z serialu medycznego, ale to przed czym rodzice i lekarze ostrzegali od półtora roku, i czego władze uczelni medycznej nie chciały długo przyjąć do wiadomości. Najważniejsze bowiem były ambicje i ego kilku ważnych profesorów. To rezultat decyzji o przeniesieniu Oddziału Onkologii, Hematologii i Chemioterapii w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach wraz z małymi pacjentami onkologicznymi do nowego Śląskiego Centrum Onkologii i Hematologii Dziecięcej w Zabrzu w SSPK nr 1. Bilans, który powinien wstrząsnąć każdym, kto choć raz siedział przy szpitalnym łóżku ciężko chorego dziecka.

Ostrzegali przez półtora roku. Nikt nie chciał słuchać

Zespół lekarek z GCZD informował władze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach oraz prof. Jana Styczyńskiego - konsultanta krajowego w dziedzinie onkologii i hematologii dziecięcej o zagrożeniach związanych z przenosinami chorych dzieci już ponad półtora roku przed otwarciem nowego ośrodka w Zabrzu. Lekarki ostrzegały, że przeniesienie oddziału onkologicznego z wysokospecjalistycznego zaplecza diagnostyczno-terapeutycznego, jakim dysponuje Górnośląskie Centrum Zdrowia Dziecka, oznacza realne ryzyko pogorszenia jakości opieki nad dziećmi z nowotworami w całym regionie. Odpowiedzią były kolejne zapewnienia o tym, że wszystko będzie dopięte na ostatni guzik i sytuacja jest pod kontrolą. Tak nie było i nie jest.

1 lipca 2026 roku, w dniu uruchomienia nowego centrum w zabrzańskiej klinice, sześcioosobowy zespół doświadczonych lekarek złożył wypowiedzenia. Jeszcze dzień wcześniej dyrekcja GCZD zapewniało rodziców na Facebooku, że dzieci będą miały „płynną kontynuację leczenia” pod opieką wspólnego zespołu. Nie minęła doba, a ten wspólny zespół przestał istnieć — nie dlatego, że lekarki nagle się rozmyśliły, lecz dlatego, że przez półtora roku nikt naprawdę nie potraktował ich alarmu poważnie.

Zamiast pochylić się nad problemem, dyrekcja szpitala w Zabrzu uruchomiła w mediach żenującą kampanię dezinformacyjną. W oficjalnych wypowiedziach sugerowano opinii publicznej, że rzekomym powodem odejścia lekarek w regionie był brak porozumienia w kwestii... sześciu oznakowanych miejsc parkingowych, obowiązku odbijania kart na elektronicznych czytnikach czasu pracy czy rzekomych wygórowanych żądań finansowych. Po ponad miesiącu kryzysu wizerunkowego rektor SUM prof. Tomasz Szczepański zgodził się w desperacji na krótki wywiad w „Czyż, tak!” - internetowym programie Marka Czyża, gwiazdora „czystej wody” TVP w likwidacji. 

Sprowadzanie dramatycznej walki o bezpieczeństwo onkologiczne dzieci do poziomu sporu o parking to nie tylko absurd, to policzek wymierzony w twarz lekarzom GCZD, którzy od ponad dwóch dekad ratowali życie śląskich dzieci, oraz uderzenie w zdesperowanych rodziców. 

Lekarki w specjalnym oświadczeniu z 9 lipca 2026 r. kategorycznie odrzucili te insynuacje, nazywając je wygodnym, ale kłamliwym uproszczeniem. Podkreślały, że jedynym powodem ich sprzeciwu jest brak gwarancji bezpieczeństwa dla pacjentów.

Jeden lekarz na 58 łóżek i trzy piętra

Nowy budynek w Zabrzu — trzy kondygnacje, 58 łóżek dziecięcej onkologii i hematologii — w pierwotnych założeniach miał być obsadzony w nocy przez jednego dyżurującego lekarza. Jednego. Na cały obiekt, w którym leżą dzieci w trakcie agresywnej chemioterapii, dzieci z gorączką neutropeniczną, dzieci po przeszczepach, których stan może się zmienić w ciągu kilkunastu minut.

Lekarze z „przeniesionego oddziału” GCZD w Katowicach nazwali to rozwiązanie „zwyczajnie niebezpiecznym dla ochrony zdrowia” — i trudno się z tą oceną nie zgodzić. Dyrekcja szpitala odpowiada na te zarzuty, że liczba dyżurujących lekarzy jest dostosowywana do bieżącej liczby i stanu pacjentów, a nie do liczby łóżek. To uspokajające zdanie z komunikatu prasowego — problem w tym, że dzieci chorujące na raka nie chorują według harmonogramu, a krytyczne pogorszenie stanu zdrowia nie czeka, aż administracja przeliczy obłożenie sali.

Jednak to, co budzi największe przerażenie, to katastrofalne wręcz braki w zapleczu specjalistycznym nowej placówki w Zabrzu. Leczenie nowoczesne, zgodne z europejskimi standardami opieki (np. SIOPE), wymaga wielodyscyplinarnego zespołu obecnego niemal u łóżka chorego. 

Tymczasem w Zabrzu nie ma na miejscu oddziałów neurochirurgii dziecięcej, kardiologii dziecięcej, laryngologii, okulistyki ani neurologii dziecięcej. Oznacza to, że dzieci z guzami litymi czy nowotworami ośrodkowego układu nerwowego (OUN) – najciężej chorzy pacjenci, których stan z powodu wzrostu ciśnienia śródczaszkowego może ulec gwałtownemu pogorszeniu w ułamku sekundy – w sytuacji zagrożenia życia muszą być transportowane karetkami do Katowic, oddalonych o około 25 kilometrów. Zamiast natychmiastowej interwencji na bloku operacyjnym piętro niżej (tak było w GCZD), proponuje się im jazdę karetką przez wiecznie zakorkowaną śląską aglomerację.

Trzy godziny krwotoku i pustka w dyżurce

Incydent z 8 sierpnia nie był odosobnionym wypadkiem, ale realizacją dokładnie tego scenariusza, przed którym ostrzegano od półtora roku. Dziecko krwawiące z nosa i ust, bezradne pielęgniarki próbujące przez trzy godziny opanować krwotok, i brak na miejscu laryngologa, który powinien tam być zgodnie z wcześniejszymi zapewnieniami dyrekcji. Rodzice, zrzeszeni w powołanym przez nich Komitecie na Rzecz Bezpiecznej Onkologii Dziecięcej napisali wprost: spełnił się czarny scenariusz.

Dyrekcja szpitala w Zabrzu w opublikowanym później oświadczeniu próbowała bagatelizować incydent z 3 sierpnia, nazywając obawy rodziców przesadzonymi i twierdząc kuriozalnie, że nie było „bezpośredniego zagrożenia życia”. Od rodziców leczonych dzieci wiemy, że nie był to jedyny przypadek.

Trzy godziny nieopanowanego krwawienia u pacjenta hematologicznego, którego organizm jest pozbawiony płytek krwi i naturalnych mechanizmów obronnych, to nie jest „błahostka organizacyjna”. To bezpośrednie igranie ze śmiercią i dowód na to, że zabrzańska placówka nie była i nadal nie jest infrastrukturalnie oraz kadrowo przygotowana na sytuacje kryzysowe, które w onkologii dziecięcej są przecież chlebem powszednim.

W nowym ośrodku nie ma na miejscu specjalisty z doświadczeniem w koordynacji leczenia neuroonkologicznego dzieci — a to oznacza, że maluchy z guzami mózgu, dotąd leczone kompleksowo w Katowicach, muszą dziś jeździć do Krakowa, Warszawy lub Łodzi. 

W piśmie, które 6 sierpnia 2026 r. jedna z matek wysłała do Śląskiego Oddziału Wojewódzkiego NFZ, dołączone jest zdjęcie. Widać na nim dziecko po chemioterapii — ogoloną głowę opartą o poduszkę przy szybie samochodu, kraciasty koc, pas bezpieczeństwa. Dziecko śpi w trakcie kilkusetkilometrowej podróży do szpitala w Warszawie. Matka pyta wprost: czy to jest ta „opieka na najwyższym poziomie”, o której Fundusz pisał w oficjalnej korespondencji?

To pytanie — i dokumenty — są sednem tej sprawy. Bo o ile spór o to, czy leczenie w nowym Śląskim Centrum Onkologii i Hematologii Dziecięcej w Zabrzu jest „bezpieczne”, można zbywać wzajemnymi zarzutami o emocje i dezinformację, o tyle korespondencja urzędowa — pisma Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, Narodowego Funduszu Zdrowia, Ministerstwa Zdrowia i protokół kontroli sanepidu — nie kłamie. Z tych dokumentów wyłania się obraz znacznie bardziej niepokojący niż z komunikatów prasowych.

W Katowicach neurochirurdzy byli, jak to określiła jedna z lekarek, „za ścianą” — dosłownie kilkadziesiąt metrów od łóżka dziecka. W Zabrzu, gdy dziecko z guzem mózgu potrzebuje pilnej konsultacji neurochirurgicznej albo kardiologicznej z powodu niewydolności serca wywołanej chemioterapią, musi szybko zostać przewiezione karetką do innego miasta, czasem do innego województwa. W takiej sytuacji zagrożenia życia liczą się nie godziny, tylko minuty.

Rodzice, którzy jeszcze rok temu mieli „pod jednym dachem” – czyli w GCZD onkologa, neurochirurga, intensywną terapię i pełną diagnostykę obrazową, dziś słyszą, że mają pakować dziecko do samochodu i jechać kilkaset kilometrów, bo w miejscu, które miało być flagowym ośrodkiem onkologii dziecięcej w regionie, brakuje specjalisty.

Papierowy chaos: błędne wyniki, rodzice trzymani z boku

Do tego dochodzi bałagan, który w każdej innej branży skończyłby się kontrolą i dymisjami. Rodzice zgłaszali błędy w Internetowym Koncie Pacjenta — w jednym z przypadków opisywanym w mediach źle zaraportowano wynik rezonansu magnetycznego u dziecka chorego na neurofibromatozę. Rodzice innego pacjenta nie zostali w ogóle poinformowani o zaplanowanej konsultacji laryngologicznej, a ich syn, dotąd prowadzony przez konkretnych specjalistów z Katowic, trafił pod opiekę rezydentów w Zabrzu, uczących się dopiero zawodu. Sprawa nieprawidłowości jest już na tyle poważna, że trafiła do prokuratury.

To wszystko dzieje się w placówce, która miała być dumą regionu — a jest teraz miejscem, w którym rodzice muszą sami pilnować, czy wyniki badań ich dziecka w ogóle się zgadzają.

W piśmie z 21 sierpnia 2026 r. (znak NFZ12-WO-I.072.3.2026), będącym odpowiedzią na interwencję poselską posła Michała Wójcika, który bardzo zaangażował się w pomoc dzieciom i rodzicom, Śląski Oddział Wojewódzki NFZ przyznaje wprost: W okresie od 1 do 23 lipca 2026 r. — a więc w pierwszych trzech tygodniach działania nowego centrum — trzech pacjentów wymagających leczenia guzów ośrodkowego układu nerwowego skierowano poza województwo śląskie: do Centralnego Szpitala Klinicznego Uniwersytetu Medycznego w Łodzi oraz do Instytutu „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka” w Warszawie.

W tym samym dokumencie NFZ informuje, że 10 sierpnia 2026 r. Terenowy Wydział Kontroli w Katowicach rozpoczął kontrolę doraźną Samodzielnego Publicznego Szpitala Klinicznego nr 1 w Zabrzu. Zakres kontroli obejmuje m.in. dostępność świadczeń w odniesieniu do pomieszczeń, personelu medycznego, sprzętu, transportu sanitarnego oraz ciągłości i kompleksowości leczenia pacjentów przeniesionych z GCZD — za okres od 1 lipca do 10 sierpnia 2026 r. Innymi słowy: instytucja odpowiedzialna za finansowanie świadczeń sama uznała, że sprawa wymaga trybu zarezerwowanego dla sytuacji pilnych.

„Nagła i nieprzewidziana”? Własne dokumenty temu przeczą

W piśmie z 3 sierpnia 2026 r. Śląski OW NFZ opisał rezygnację sześciu lekarek jako wydarzenie „nagłe oraz nieprzewidziane”. To sformułowanie nie wytrzymuje jednak konfrontacji z dokumentami.

Zespół lekarski zgłaszał zastrzeżenia dotyczące bezpieczeństwa reorganizacji pisemnie od czerwca 2025 r. Prof. Jan Styczyński - konsultant krajowy w dziedzinie onkologii i hematologii dziecięcej pisał o tym problemie już 13 czerwca 2025 r. — rok przed uruchomieniem centrum. 

23 kwietnia 2026 r. lekarki złożyły formalny wniosek o uzgodnienie warunków kontynuacji pracy. 8 maja 2026 r. przedstawiły swoje postulaty na spotkaniu. Odpowiedź, datowaną na 19 czerwca, doręczono im 26 czerwca 2026 r. — cztery dni przed połączeniem oddziałów.

A sam Śląski Uniwersytet Medyczny, w piśmie do przewodniczącego Rady Miasta Katowice (znak WDO.0723.9.12.26), pisze: „Przygotowania do tego procesu uwzględniały różne możliwe scenariusze organizacyjne, w tym możliwość skorzystania przez poszczególnych pracowników z uprawnień wynikających z art. 23¹ § 4 Kodeksu pracy”. Kilka zdań dalej, w tym samym piśmie, Uczelnia zapewnia: „Nie było podstaw do założenia, że w tym samym dniu wszyscy lekarze specjaliści (…) jednocześnie złożą oświadczenia o rozwiązaniu stosunku pracy”.

Trudno to pogodzić. SUM w jednym dokumencie przyznaje, że analizował ryzyko masowego skorzystania przez lekarzy z ustawowego prawa do rozwiązania stosunku pracy — i w tym samym dokumencie zapewnia, że nie miał podstaw, by się tego spodziewać. 

Rektor ordynatorem samego siebie

Decyzje o kształcie nowego centrum i o losie pacjentów z Katowic zapadały pod nadzorem Prof. dr hab. n. med. Tomasza Szczepańskiego, która jest jednocześnie rektorem Śląskiego Uniwersytetu Medycznego i ordynatorem — kierownikiem — nowo utworzonego oddziału w Zabrzu, a także od wielu lat konsultantem wojewódzkim w dziedzinie onkologii i hematologii dziecięcej. On firmuje komunikaty do rodziców jako rektor uczelni nadzorującej oba szpitale (GCZD i PSK nr 1), i jako bezpośredni zwierzchnik oddziału, do którego trafili przenoszeni pacjenci.

To niezbyt klarowna sytuacja, w której ta sama osoba decyduje o likwidacji jednostki, ocenia bezpieczeństwo tej decyzji, a następnie zarządza placówką, która na tej decyzji zyskuje — pacjentów, budżet, prestiż nowego, kosztownego obiektu. 

Kiedy rektor uczelni jest zarazem ordynatorem oddziału, będącego bezpośrednim beneficjentem reorganizacji, trudno oczekiwać, że kontrola będzie w pełni niezależna i obiektywna. Chory układ, w którym nadzorujący i nadzorowany to ta sama osoba, a rodzice i lekarze protestujący przeciwko reorganizacji stoją naprzeciw człowieka łączącego w swoich rękach obie role naraz. Taka sytuacja rodzi pytania o rzetelność procesu decyzyjnego, na które władze uczelni winne są opinii publicznej jasną odpowiedź, a nie kolejne zapewnienia czy komunikaty prasowe. Tym bardziej, że prof. Szczepański jest ostatnią kadencję rektorem SUM, i nie ukrywał nigdy chęci posiadania „swojego” oddziału.

Taka kumulacja władzy w jednych rękach budzi duże wątpliwości natury etycznej, zarządczej i prawnej. Czy rektor wielkiej uczelni medycznej, który z urzędu powinien dbać o równe i wysokie standardy we wszystkich podległych mu jednostkach klinicznych, forsując przeniesienie prestiżowego i lukratywnego leczenia do kierowanego przez siebie samego ośrodka w Zabrzu (będącego niejako „konkurencją” dla Katowic), jest w ogóle w stanie obiektywnie ocenić dramatyczne protesty lekarzy i zdesperowanych rodziców? 

Wiele wskazuje na to, że osobiste ambicje, uczelniana polityka, duma z nowej inwestycji i pogoń za sukcesem infrastrukturalnym bezpardonowo zdominowały racjonalną ocenę medycznego ryzyka oraz naczelną zasadę medycyny: salus aegroti suprema lex (zdrowie chorego najwyższym prawem). 

Działania te wyglądają jak klasyczny, wręcz podręcznikowy przykład wykorzystywania pozycji decyzyjnej do centralizacji władzy klinicznej i zasobów ludzkich, bez zważania na koszty, jakie ponoszą najsłabsi – pacjenci.

Zamiast wzmocnić regionalną onkologię, wprowadzając nową jakość, decydenci z rozmysłem, ale w białych rękawiczkach i fartuchach zniszczyli sprawnie funkcjonujący i zintegrowany przez dekady mechanizm ratowania życia. W GCZD dzieci miały dostęp do pełnego, wielospecjalistycznego zaplecza diagnostyczno-terapeutycznego dosłownie pod jednym dachem. Zastąpiono to potworkiem logistycznym.

Mury kontra dzieci

Inwestycja w Zabrzu kosztowała około 100 milionów złotych z budżetu Ministerstwa Zdrowia, przy całkowitej wartości projektu przekraczającej 114 milionów. Nowoczesny budynek, laboratoria, sale zabiegowe, zaplecze naukowe — na papierze wyglądają jak sukces. Problem w tym, że ktoś w tym całym planowaniu zapomniał o tym, że leczy się ludźmi.

Przez lata w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka funkcjonował zgrany, doświadczony zespół, który dawał rodzicom pacjentów coś, czego żaden nowy budynek nie zastąpi z dnia na dzień: pewność, że w razie nagłego pogorszenia stanu dziecka - specjalista jest błyskawicznie przy jego łóżku, a nie w drodze z innego miasta. Taki zespół nie powstaje zarządzeniem rektora, Buduje się go latami wspólnej pracy nad po imieniu znanymi pacjentami. Rozwalono go jednym ruchem.

Władze uczelni i szpitala odpowiadają, że liczba przyjmowanych pacjentów w Zabrzu wzrosła niemal dwukrotnie, że model leczenia — z częścią procedur referencyjnych realizowanych w wyspecjalizowanych ośrodkach zewnętrznych — odpowiada standardom stosowanym w najlepszych europejskich centrach onkologii dziecięcej, i że stanowisko to poparli konsultant krajowy oraz konsultanci wojewódzcy. 

Argumenty nie zmieniają jednak faktu, że autorzy tego planu, publikując 6 lipca komunikat do rodziców dzieci z guzami mózgu, przyznali czarno na białym, że nie dysponują na miejscu specjalistą zdolnym koordynować ich leczenie. Trudno nazwać to inaczej niż przyznaniem się do tego, że wdrożono reorganizację, zanim przygotowano dla niej zaplecze.

Kto odpowie za dzieci na trasie do Warszawy?

Rodzice dzieci chorych na raka nie prosili o wiele. Nie domagali się zamknięcia ośrodka w Zabrzu, nie podważali kompetencji tamtejszych lekarzy. Prosili o jedno: żeby decyzje administracyjne przestały być ważniejsze od ciągłości leczenia dziecka w trakcie chemioterapii. Żeby nikt więcej nie musiał czekać trzy godziny na laryngologa, który miał być na miejscu, aby dziecko z guzem mózgu nie musiało jechać do innego województwa w chwili, gdy liczą się minuty.

Sprawa jest już przedmiotem zawiadomienia do prokuratury, apeli do resortu zdrowia. Rodzice zbierali podpisy pod petycją, która miała trafić między innymi do premiera Donalda Tuska, minister zdrowia, wojewody śląskiego, marszałka województwa śląskiego, prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia oraz Rzecznika Praw Dziecka. 

To dobrze — bo urzędnicze zapewnienia o bezpieczeństwie i pudrowanie rzeczywistości komunikatami prasowymi nie leczą krwotoków ani guzów mózgu. Leczą je ludzie, którzy mieli być na miejscu, a których zabrakło, bo ktoś zdecydował, że nowy budynek jest ważniejszy niż zespół, który w starym budynku ratował dzieciom życie.

17 lipca 2026 r. do Państwowego Powiatowego Inspektora Sanitarnego w Gliwicach wpłynął wniosek o interwencję dotyczący postępowania z bielizną pościelową na Oddziale Onkologii i Hematologii Dziecięcej w Zabrzu. Kontrola odbyła się 21 i 31 lipca 2026 r. (protokół nr 215/NS-EP/2026) i — w przeciwieństwie do sporów o interpretację komunikatów — jej ustalenia są jednoznaczne.

Obowiązująca w placówce procedura („Postępowanie z bielizną szpitalną”, kod J09) nakazuje codzienną, całkowitą wymianę pościeli u dzieci leczonych cytostatykami. Personel medyczny oświadczył kontrolującym, że w praktyce u pacjentów poddawanych chemioterapii codziennej wymianie podlegają jedynie poszewki — nie kołdry i poduszki. Zestawienie ilości bielizny oddanej do pralni od 1 lipca do dnia kontroli to potwierdza: liczba prześcieradeł i poszewek wielokrotnie przewyższa liczbę kołder i poduszek oddanych do prania w tym samym okresie.

Inspektorzy stwierdzili też brak właściwej segregacji bielizny skażonej lekami cytostatycznymi — cały materiał, także od dzieci leczonych chemioterapią, gromadzony był łącznie, w jednym worku, bez fizycznej separacji od pościeli pozostałych pacjentów. Protokół wskazuje to jako naruszenie art. 11 ust. 1 i 2 ustawy o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi oraz § 8 ust. 1 rozporządzenia Ministra Zdrowia i Opieki Społecznej w sprawie bezpieczeństwa i higieny pracy przy przygotowywaniu, podawaniu i przechowywaniu leków cytostatycznych. Wobec kontrolowanego podmiotu ma zostać wszczęte postępowanie administracyjne.

Śląski „eksperyment” na dzieciach chorych na nowotwory na szczęście został wstrzymany. Teraz powinien zostać rzetelnej, niezależnej kontroli zewnętrznej – z udziałem prokuratury, Najwyższej Izby Kontroli oraz niezależnych ekspertów medycznych spoza regionu. 

Leczenie najcięższych przypadków onkologicznych, w szczególności zagrażających życiu guzów litych i nowotworów mózgu, zostało przywrócone do Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach, gdzie przez lata skutecznie gwarantowano bezpieczeństwo i kompleksowość opieki pod jednym dachem. 

Wreszcie prof. Szczepański i jego kamaryla zrozumieli, że każdy kolejny dzień trwania w obecnym, wymuszonym chaosie administracyjnym to było niepotrzebne, zbrodnicze ryzyko, którego cena mogła być najwyższa z możliwych –bezcenne życie dziecka. 

Na szczęście protest rodziców i wielu osób nie pozwoliły, by arogancja władzy rektorskiej i fasadowe, kosztowne inwestycje zwyciężyły nad elementarnym zdrowym rozsądkiem, etyką lekarską i medyczną koniecznością. Nowe mury nie leczą – i najwyższy czas, by ktoś z tego skandalu w końcu wyciągnął prawne i personalne konsekwencje.


24 sierpnia przesłałem pytania do prof. Tomasza Szczepańskiego i rzeczniczki prasowej SUM. Do dzisiaj czekam na odpowiedź... Czyżby blokadę wywołało pytanie nr 16?

1. Jak władze Uczelni odnoszą się do faktu, że prof. dr hab. n. med. Tomasz Szczepański, jako Rektor SUM – jednostki nadzorującej Samodzielny Publiczny Szpital Kliniczny Nr 1 im. prof. Stanisława Szyszko Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach, jest jednocześnie ordynatorem utworzonego w nim Śląskiego Centrum Onkologii i Hematologii Dziecięcej oraz konsultantem wojewódzkim w dziedzinie onkologii i hematologii dziecięcej?

2. Kto – oprócz samego prof. Szczepańskiego – weryfikował decyzję o przeniesieniu oddziału z Katowic do Zabrza w sposób całkowicie niezależny i obiektywny?

3. Dlaczego Uczelnia oficjalnie twierdzi, że nie jest beneficjentem ani inwestorem projektu w Zabrzu, skoro Rektor tej samej Uczelni podpisuje się jako ordynator tego oddziału pod komunikatami kierowanymi do rodziców?

4. W oficjalnym piśmie Uczelnia informuje, że konsultacje neurologiczne zapewnia GCZD, a kilka akapitów dalej stwierdza, że specjalista neurologii dziecięcej jest zatrudniony w Zabrzu na miejscu. Które z tych zdań jest prawdziwe?

5. Dlaczego wykaz komórek organizacyjnych szpitala w Zabrzu z 30 lipca 2026 r. nie wymienia neurochirurgii, kardiologii, neurologii, okulistyki ani laryngologii dziecięcej, skoro Uczelnia zapewnia o dostępności tych specjalizacji?

6. Czy szpital w Zabrzu rzeczywiście dysponuje doświadczeniem leczenia guzów litych „od ponad 30 lat”, skoro w komunikacie z 30 lipca sam informuje, że kieruje pacjentów z takimi guzami do Krakowa, Łodzi i Warszawy?

7. Uczelnia twierdzi w komunikatach, że nie było podstaw do przewidzenia rezygnacji kadry. Jednocześnie w tym samym piśmie przyznaje, że analizowała ryzyko prawne związane z przejściem pracowników (art. 23¹ § 4 Kodeksu pracy). Jak można pogodzić te dwa stwierdzenia?

8. Dlaczego na wniosek lekarzy z 23 kwietnia 2026 r. o uzgodnienie warunków związanych z połączeniem oddziałów, Uczelnia i Szpital odpowiedziały dopiero 26 czerwca, zaledwie cztery dni przed tym faktem?

9. Ilu lekarzy ze specjalizacją w onkologii i hematologii dziecięcej rzeczywiście pracuje dziś w Zabrzu, skoro ich liczba się wahała (8 specjalistów na 30 czerwca, 14 w dniu 1 lipca, z czego 6 w okresie wypowiedzenia, a następnie znów 8 na dzień 23 lipca)?

10. Czy przed 1 lipca 2026 r. sporządzono formalny dokument analizy ryzyka, który oceniałby skutki odejścia całego zespołu z Katowic? Jeśli nie, to dlaczego zaniechano tego mimo ostrzeżeń?

11. Na jakiej podstawie przekazano kilkudziesięciu pacjentów podczas leczenia do Zabrza, skoro Uczelnia przyznaje, że nie było formalnego porozumienia o przejęciu pacjentów między ŚUM, szpitalem w Zabrzu i GCZD?

12. NFZ potwierdził, że 3 dzieci z guzami OUN skierowano do Łodzi i Warszawy. Ile takich transportów do innych województw miało miejsce do dziś?

13. Jaki jest konkretny, zapisany w procedurach Śląskiego Centrum Onkologii i Hematologii Dziecięcej gwarantowany czas od stwierdzenia zagrożenia życia pacjenta do rozpoczęcia interwencji neurochirurgicznej?

14. Jak Uczelnia skomentuje ustalenia z protokołu Sanepidu (nr 215/NS-EP/2026), stwierdzającego naruszenie przepisów dotyczących postępowania z bielizną dzieci leczonych cytostatykami?

15. Czy wobec pogłębiającego się kryzysu Uczelnia rozważa przywrócenie leczenia onkologicznego w GCZD w Katowicach jako placówki uzupełniającej dla regionu zamieszkiwanego przez 4,3 miliona osób?

16. Czy za udział Rektora ŚUM, prof. dr. hab. n. med. Tomasza Szczepańskiego, w programie redaktora Marka Czyża pt. „Czyż, tak!”, Uczelnia lub jakakolwiek powiązana jednostka (np. SPSK nr 1) poniosła koszty finansowe? Jeżeli tak, wnoszę o podanie dokładnej kwoty brutto oraz wskazanie źródła jej finansowania.






Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj Obserwuj notkę

szymborski[at]gmail.com

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości