9 obserwujących
18 notek
69k odsłon
  9421   0

Dlaczego zwalczam rewizjonistów polskiej historii

 
 
Rewizjonizm historyczny to kostium pod którym kryją się szkodliwe idee polityczne. Rewizjoniści „dekonstruując” narodową historię tworzą podwaliny pod nowy ruch polityczny. Nie są pionierami, więc już teraz wiadomo, co z tego może się urodzić

 

Jest moim błędem, że tak późno zauważyłem zło wynikające z rewidowania narodowej historii. W rewizji nie było nic złego w czasie, gdy była to debata o błędach i zaniechaniach polskiej przeszłości. Gdy toczyła się z poszanowaniem reguł, które na uczestników sporu nakładała historia - a jest to według mnie nauka niemalże ścisła. Gdy nie było w niej publicystycznego besserwisserstwa kieszonkowych Napoleonów, którzy co wieczór wygrywają Kampanię Wrześniową, albo ogrywają w negocjacjach Hitlera (nie to co ten nieudacznik Beck).

Zabawa w wygrywanie II wojny światowej śmieszyła mnie lub drażniła, gdy zauważałem ignorancję lub zwykłą głupotę uczestników. Ale z czymś takim da się żyć, dopóki nie jest to szersze zjawisko społeczne. W pewnym momencie rewizjonizm wpisał się w cechę naszych czasów – upadek kultury humanistycznej, pogardę wobec nauki, wreszcie w to, że połowa Polaków w ogóle nie czyta książek, ale nie przeszkadza im to w głoszeniu autorytarnych sądów. Sam dla siebie nazwałem to recydywą czasów saskich. Będę upierał się, że widać analogie, czego przykładem jest choćby popularność XXI-wiecznych odpowiedników „Akademii wszelkiej sciencyi pełnych”.

Tu zaczął się problem. Straumatyzowane II wojną światową społeczeństwo zadaje sobie pytanie, czy nie dało się uniknąć klęsk tamtego okresu. Dwie dekady pedagogiki wstydu zasiały zwątpienie w szlachetność wzorców z niedawnej narodowej przeszłości. Kilka lat kontrofensywy zwanej „polityką historyczną” powstrzymało głosicieli pedagogiki wstydu, ale wszystkich strat zapewne nie dało się odrobić. Do tego doszedł naturalny proces odchodzenia ludzi pamiętających wojnę, lub tych, którzy kształtowali się w latach tuż powojennych, więc też w naturalny sposób rozumiejących ówczesne realia. W ten świat niepewnych tożsamości weszli akwizytorzy narodowego cudu, sprzedawcy patentu na gwarantowane zwycięstwo, chroniącego jednocześnie przed wszystkimi klęskami. Żerowanie na zabobonie jest jeszcze jednym znakiem recydywy czasów saskich. Do czego to porównać? Do sytuacji osoby chorej na raka, która trafia do wybitnego i uczciwego onkologa. Co pacjent wtedy usłyszy? Że kuracja będzie trudna, a rokowania nie są jednoznaczne. Zdarza się, że zniechęcony pacjent idzie do słynnego uzdrowiciela, którego maść z gęsiego gówna i pokrzywy słynie z cudownych skutków. Bo przecież znajomego teścia kuzyna żona ponoć została uratowana, choć lekarze krzyżyk na niej postawili. I tak jest, gdy czytamy o tym, że Hitlera można było ograć, Wielopolski owijał cara wokół palca, a z Powstaniem Warszawskim było tak, że trzeba było schować się i poczekać do 1989 r. Bo przecież wiadomo, że komunizm i tak upadnie. Profesjonalny historyk jest tu w pozycji onkologa, a rewizjonista znachora. Warto tu wspomnieć, że świat akademicki z wielkim zażenowaniem komentuje kolejne „dzieła” z gatunku rewizjonizmu historycznego.

Mówienie o cudownych receptach jest wielkim grzechem rewizjonizmu. Rewizjoniści nauczają, że polityka to tylko ciągi sprytnych tricków. Że wszystko da się przewidzieć, sąsiedzi i partnerzy są od nas głupsi i dadzą się ograć jak w każdym dowcipie o Polaku, Rusku i Niemcu. A my przegrywamy, bo jesteśmy naiwni i nie stosujemy tricków.

To grzech wielki, ale nie największy. Jakiś czas temu rewizjonizm stał się językiem mówienia o współczesnej polityce. Gdy Radek Sikorski, jeszcze jako szef MSZ, tweetował o bezsensie Powstania Warszawskiego, to nie była to ekspresja jego nadpobudliwej osobowości, lecz ważna deklaracja polityczna. Deklaracja, której bardziej wyrafinowaną formę dał w swoim osławionym wystąpieniu berlińskim. A prostszą w podsłuchu, z którego wynikało, że nie chce robić „łaski” Ameryce, bo woli ją robić Niemcom i Rosji. Rewizjonizm stał się ważnym elementem ideologii politycznego pasywizmu. Kwestionowanie polskiego oporu wobec hitlerowskich Niemiec jest figurą, która ma przekonać Polaków, że kapitulanctwo jest czymś dobrym. Kwestionowanie tradycji insurekcyjnej jest negowaniem podmiotowości obywatelskiej szerokich mas, bo tak się składa, że wszystkie polskie powstania – te wygrane i przegrane – nosiły wybitnie demokratyczny charakter. Wpojenie w świadomość przekonania, że powstania były złe byłoby równoznaczne ze swoistą „rusyfikacją” polskiego społeczeństwa. W tym sensie „rusyfikacją”, że przeciętny Polak zacząłby uważać – tak jak przeciętny Rosjanin – że władza wie wszystko lepiej, i że nie należy się samoorganizować, sprzeciwiać niesprawiedliwości, i w ogóle walczyć o swoje. Tylko siedzieć w domu – zgodnie z doktryną Ewy Kopacz.

Lubię to! Skomentuj260 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura