piana piana
283
BLOG

„Minuta prawdy”, czyli w co się bawić

piana piana Polityka Obserwuj notkę 2

Wszyscy widzowie serialu „Alternatywy 4” wiedzą jak groźna może być nawet odrobina prawdy. Włączenie (w dialogu pada archaiczny zwrot „zapal telewizor”) srebrnego ekranu na półgodzinny program publicystyczny „Minuta Prawdy” powoduje pożar w mieszkaniu. Strach pomyśleć co by się działo, gdyby na ekranach królowała sama prawda. W związku z tym zapytuje, czy w ostatnim czasie pomiędzy Odrą i Bugiem telewizory nie płonęły zbyt często?  

 

Skąd moje obawy o stan sprzętu RTV? Dlaczego o to się pytam? Już spieszę z wyjaśnieniem. Ostatnio nadwiślański lud pracujący miast i wsi otrzymał prawdziwy wysyp prawdy, może nie do końca objaśnionej (przez co sporo osób wpadło w konsternację), ale jednak.

 

Otóż na chwilę prawdy zdecydował się nie kto inny, jak sam jaśnie premier Donald Tusk. Oznajmił urbi et orbi, iż w sumie polityki to on nie chce robić, tylko budować mosty czy tez boiska. Dlaczego nikt mu nie powiedział, że w takim powinien zatrudnić się w branży budowlanej? Mniejsza z tym, ale akurat przy tej okazji wyszło szydło z worka, czyli PO potrzebowała pełnię władzy politycznej po to, aby polityki nie robić. Trochę to pokrętne i do końca tego nie pojmuję – czekam zatem na objaśnienie. Dialektyka marksistowska nie takie absurdy uznawała za rzeczy oczywiste.

 

Drugie mgnienie prawdy to oczywiście zrzucenie maski przez „Gazetę Wyborczą”. Jak powszechnie wiadomo, swego czasu gazety były przede wszystkim źródłami informacji, ale to już prehistoria. Tymczasem owa gazeta, niczym komunistyczne pisemka, poczuła wenę do tworzenia historii, do wyznaczania celów dziejowych i nawoływała do rewolucji… no, może nie do rewolucji, ale na pewno do dania odparcia tzw. „faszyzmowi”.

 

Zatrzymajmy się tu na chwilę. Czym jest ów mityczny „faszyzm”? Z historycznego punktu widzenia sprawa jest jasna – ustrój panujący we Włoszech w pierwszej połowie XX-go wieku. U Gontarczyka („PPR. Droga do władzy 1941-1944”) możemy także wyczytać, iż mianem faszyzmu komuniści określali niemiecki narodowy socjalizm (w skrócie nazizm). Zapewne dlatego, iż socjalizm to świętość, a inaczej moskiewscy propagandyści sami zagoniliby się w kozi róg. To wiemy. Czym jest on obecnie? Czekam na jasną definicję, ale jak pokazuje praktyka, pewnie nigdy się nie doczekam.  

 

Wracając do głównego wątku. Walka z faszyzmem polegała między innymi na wygwizdywaniu (Wrocław, który ponoć „od zawsze poddaje się ostatni”) „Mazurka Dąbrowskiego” (dla przypomnienia – jest to hymn Polski) śpiewanego przez narodowców. Z kolei w Warszawie banda debili (to dość delikatne określenie) ubrała się w pasiaki rodem z oświęcimskiego obozu. Co to ma wspólnego z maszerującymi narodowcami? Naprawdę ciężko mi to zgadnąć, ale jak widać to nie na moją głowę. Ciekawe tylko dlaczego owego „hepeningu” nie zrobili gdy nad Wisłą gościł któryś z włodarzy RFN? To pytanie wrzucam do worka pełnego nierozwiązanych zagadek.

 

Od siebie tylko dodam, iż pojęcie narodu i świadomość narodowa ma się na świecie całkiem nieźle. Tymczasem według młodych, wykształconych, z wielkich miast oczywiście „w normalnym społeczeństwie nie ma miejsca na takie pseudowartości jak naród”. Kto im to powiedział? Od siebie tylko dodam, że są w błędzie – jednakże każdy ma prawo w nim tkwić.

 

Jednocześnie ten sam periodyk („Gazeta Wyborcze”) wylewa krokodyle łzy, że tak nikt nie chce świętować 11-go listopada (a narodowcy to co?). No i że święto jakieś takie nie bardzo. Bo już chłodno, ponuro i uroczystość też taka zaściankowa. To w końcu jak jest, bo jak na mój gust, to hipokryzja leje się strumieniami. Świętować czy nie? A jeśli tak, to jak?

 

W co się bawić, w co się bawić, jak śpiewał swego czasu Wojciech Młynarski. Oczywiście, aby nie było swojsko-plebejsko, tylko tak bardziej światowo. Może 11-go listopada urządzać love/techno parady z zakazanymi dopalaczami? Festiwal piosenki anty-faszystowskiej (cokolwiek to znaczy)? Albo przemarsz zboczeńców zwany z angielska „gay pride” w każdej gminie? To by było nowocześnie, europejsko, że aż cmokać z zachwytu. Nikt już nie będzie się musiał wstydzić się „tego kraju”. Zrzućmy bagaż prowincjonalizmu, piętno bociana i słomianej chaty. Nie można przecież cały czas babrać się w szambie historii, bo z niej same upiory wystają, prawda?

piana
O mnie piana

Gryziklawiaturek. Syn Mariana. Wiekowo w kategorii "stary grzyb". W młodości przebył chorą (dziś mówimy toksyczną) fascynację Misiem Uszatkiem, skutkiem czego do dziś zostało odstające ucho. Zwolennik teorii mówiącej, iż państwo polskie już nie istnieje. Mieszka na planecie Ziemia i jest do niej bardzo przywiązany siłą grawitacji. Wcześniejsze doświadczenia artystyczne ma już za sobą. Polityczne też. Uwielbia podróże do krainy absurdu. Nazwa bloga zaczerpnięta oczywiście z najlepszego utworu zespołu Papa Dance. Chwile ulotne łapie na twitterze jako @piana_pl. Przedruki dozwolone (a nawet mile widziane) wraz z podaniem autora i źródła (linku).

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Polityka