Paranoja: usystematyzowane urojenia, najczęściej prześladowcze...
Zacząłem zastanawiać się dziś, czy to wszystko, co nas otacza i mój tego ogląd doprowadził mnie już do paranoi. Takiej prostej, zwyczajnej, niekoniecznie podlegającej leczeniu. Nie wiem, mam nadzieję, że nie, ale nie wiem.
Obejrzałem sobie dziś wieczorem film "Au Revoir les enfants" z 1987 roku. Doskonały film (wcale nie "wojenny", jak go określono w Wikipedii), który z rozwagą i mądrze pokazuje zaangażowanie księży katolickich prowadzących gimnazjum dla chłopców w pomoc żydowskim dzieciom ukrywającym się przed deportacją do obozów śmierci. Tak, byli i tacy we Francji, choć wiemy, że Francuzi nie wykazali się specjalnie wielkim poświęceniem gdy trzeba było chronić francuskich Żydów przed Niemcami (tak, tak, Niemcami, nie żadnymi "nazistami"). Film ponury, kończy się tak, jak można się było tego spodziewać, nie pozostawiający żadnych złudzeń i nadziei na happy end.
Ale nie to jest najbardziej dla mnie zaskakujące. To, co mnie zadziwiło to ja sam. Moja reakcja na ten film, moje wyobrażenia o tym co będzie się dalej działo w każdym momencie tego filmu. Ten film mnie zaskoczył. Zaskoczył, że był filmem takim "zwyczajnym", pokazującym "zwyczajny" świat w tamtych niezwyczajnych czasach.
O co więc chodzi? Ano o to, że wciąż się łapałem na tym, że czekam na jakieś drastyczne sceny. Drastyczne w tym "nowoczesnym" tego słowa znaczeniu.
W filmie jest dyrektor gimnazjum, duchowny jednoznacznie prezentujący konserwatywną i katolicką wizję świata, są braciszkowie, którzy opiekują się chłopcami i wszyscy stają na głowie, by ukryć obecność w liceum i w internacie trzech młodych Żydów. Jest francuski pracownik kuchni, inwalida, który zostaje zwolniony z pracy za przestępstwa, których się dopuścił, ale nie był w tym wyjątkiem, i który w ramach zemsty donosi na Gestapo na braciszków chroniących Żydów. Ot i cała historia, która faktycznie mogła mieć miejsce.
Moja paranoja podpowiada mi jednak, że gdyby ten film nakręcano dziś, dwadzieścia lat później, jego scenariusz byłby całkowicie odmienny. I najgorsze jest to, że dokładnie wiem jaki:
Byłby sobie stary, niedołężny księżulo, który prowadzi szkołę i ukrywa w niej z dobrego serca żydowskie dzieci. Możliwe też, że nie wie, że ma w szkole żydowskie dzieci, gdyż bez jego wiedzy wprowadził je nauczyciel, uczestnik ruchu oporu, oczywiście z komunistycznej partii Francji, albo przynajmniej wielbiciel Leona Bluma. Byliby młodzi braciszkowie, księża wśród których byłby oczywiście pedofil wykorzystujący chłopców seksualnie, oraz psychopatyczny sadysta, który pilnowałby dyscypliny za pomocą kija. Gdy zostaliby nakryci, w ramach zemsty donieśliby na Gestapo na swojego przełożonego. No bo przecież wiemy dziś (a przynajmniej Francuzi to wiedzą), że księża nie mogą być dobrzy, a o tym, co się dzieje w seminariach i o tym, co księża robią z chłopcami wiedzą wszyscy doskonale.
Tak, to musi być paranoja... Tylko skąd mi to przyszło do głowy?
A ponadto nadal twierdzę, że kanary nie istnieją.
Nieustająco zapraszam wszystkich do odwiedzania i współredagowania portalu Cenzury Obywatelskiej.
69
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze