Na znanym portalu społecznościowym pokazała się wczoraj na krótko informacja o spotkaniu organizowanym przez nie bardzo wiem kogo na temat przyszłości Polski rządzonej przez Żydów. To znaczy oczywiście na temat braku tej przyszłości w kontekście niepodległości. Skomentowałem tę informację tak, jak na to zasługiwała: że Pan Bóg tworzy mnóstwo rzeczy aby świat był interesujący, ale że dziw bierze, że czasami aż tacy idioci się pojawiają... Myślę, ze informacja o tych strasznych Żydach, którzy nami rządzą nie zasługiwała na więcej. A jednak...
Okazało się, że administracja tego portalu społecznościowego zlikwidowała informację o tym spotkaniu dając dowód na to, że poczucie potrzeby wolności słowa jest u nas mało rozwinięte. Z jednej strony pojawiają się całe akcje mające na celu obronę wolności słowa, gdy pojawia się taka potrzeba, powstają nawet całe stowarzyszenia, jak Stowarzyszenie Wolnego Słowa, a z drugiej strony, w takich sytuacjach, jak ta powyżej opisana okazuje się, że wszystko to można o kant globusa potrzaskać, bo strach przed oskarżeniem o antysemityzm jest tak głęboko zakorzeniony, że o żadnej wolności słowa nie może być mowy.

Bełkot żydożerców zasługuje co najwyżej na uśmiech politowania, dokładnie na nic więcej. Opowiadanie o tym, jakimi to Wałęsa i Kaczyński są Żydami nie jest obraźliwe ani dla Żydów, ani dla tych panów, nie jest obraźliwe dla nikogo. Nie jest nawet problemem. Jest zwyczajnie idiotyczne. A jednak strach przed oskarżeniem o wspieranie antysemityzmu jest silniejszy od potrzeby wolności słowa. I jest to bardzo niepokojące.
W jakiś taki niezauważalny sposób pojawiły się w przestrzeni publicznej obszary niedostępne dla wolności słowa czy nawet szerzej, po prostu WOLNOŚCI. Obszary te poszerzają się za powszechnym przyzwoleniem i nie widać właściwie żadnych granic, których nie mogłyby przekroczyć. Gdy biorę udział w dyskusjach na tematy związane z wolnością co raz spotykam się z argumentami sprowadzającymi się do łacińskiej sentencji "dura lex, sed lex". Mnóstwo ludzi uważa, że w tym momencie dyskusja się zamyka i nie ma o czym dalej rozmawiać. Ich refleksja nie idzie nigdy dalej i nie potrafią wskazać granicy, której władzy nie wolno przekroczyć przy stanowieniu praw. A granica ta przecież istnieje, choć już dawno została przekroczona chociażby rozbudową praw, które tworzą przestępstwa bez żadnych ofiar (posiadanie narkotyków czy niezapięcie pasów w samochodzie itp). W moim przekonaniu największym problemem nie są jednak nawet te prawa, choć oczywiście SĄ one wielkim problemem. Największym problemem są druty kolczaste, które pojawiły się w sposobie myślenia ludzi. Druty ograniczające myślenie, druty, poza które ludzie ci nie wychodzą nigdy. Oni nawet nie wiedzą, że coś poza tymi drutami może być.
Wszystkim, którzy mają jakieś wątpliwości czy nie do końca rozumieją co ja myślę wyjaśniam:
Tak, uważam, że idioci węszący Żyda za każdym rogiem powinni mieć prawo głoszenia swoich idiotyzmów. Tak jak idioci twierdzący, że naszym życiem rządzą układy gwiazd - nie ma żadnej różnicy między tymi idiotami, nie ma więc powodu, żeby jednym pozwalać głosić idiotyzmy, a drugim nie. Bo wolność słowa jest pojęciem bezwzględnym i dotyczy wszystkiego. Nieprawdą jest, że masowe mordowanie Żydów przez III Rzeszę wynikało z wolności słowa, jak chcieliby to sugerować niektórzy - wynikało właśnie z jej całkowitego braku. I ograniczanie wolności w naszych czasach może doprowadzić do podobnych zjawisk.
A ponadto twierdzę, że kanary nie istnieją!


Komentarze
Pokaż komentarze (3)