72 obserwujących
383 notki
690k odsłon
265 odsłon

Dobromir Sośnierz o Konfederacji i wyborach

Wykop Skomentuj11

Duży fragment tekstu Dobromira Sośnierza z jego strony na FB. Analiza udziału w wyborach - spokojna, rzetelna, rzeczowa.

Całość tu.


(...)
Przyczyny takiego, a nie innego wyniku podzielę roboczo na 3 grupy:
— zewnętrzne, czyli takie, na które ludzie z szeroko pojętego kręgu antysystemowego nie mieli wpływu, albo był on niewielki, takie jak pogoda, frekwencja, sytuacja międzynarodowa, dostęp do głównych mediów itd.
— grupowe, czyli takie, które zależały od relacyj pomiędzy różnymi odłamami antysystemu, od ich współpracy, przekazu itd.
— wewnętrzne, czyli takie, które zależą tylko od samej Konfederacji, np. sposób prowadzenia kampanii, obsada list, program itd.

W każdej z tych grup znajdują się takie, które mogły mieć — i zapewne miały — wpływ na wynik Konfederacji. Rozmiar wpływu tych czynników na ostateczny rezultat zawsze jest kwestią ocenną. Brak jest możliwości prowadzenia powtarzalnych eksperymentów — nie możemy zagrać w tę grę po raz drugi, żeby sprawdzić, jak zmiana jednej z okoliczności wpłynęłaby na wszystko. Generalnie jednak im mniejsza grupa, tym mniejsza jest jej możliwość kreowania rzeczywistości, więc tym większe znaczenie mają czynniki zewnętrzne. Jednak o tych zewnętrznych nie ma co zbyt wiele teraz mówić, skoro nic albo niewiele możemy na to wszystko poradzić.

Przyczynom wewnętrznym chcę poświęcić oddzielną wypowiedź, więc to na razie pomijam.

Wpis o Kukizie i Gwiazdowskim mówił o czymś pośrednim, co roboczo nazwałem czynnikiem grupowym. Zakładam w tym momencie, że istnieje grupa wyborców, która czuje się „antysystemowcami” i odpowiadająca im grupa polityków — i że tej grupie zależy na tym, żeby rozbić lub osłabić dwubiegunową polaryzację sceny politycznej, która wyraźnie u nas postępuje. Zakładam więc, że ludzie tacy nie chcą odgrywać roli przybudówek któregoś z dwóch dużych bloków i łączy ich przekonanie, że żaden z tych bloków nie działa na korzyść kraju, że podzielają przekonanie, że to tylko dwie watahy bezideowych cyników, które rozszarpują Polskę jak darmową pizzę. Założenie, że rzeczywiście wszyscy antysystemowcy są równie szczerzy, może się oczywiście komuś wydać wątpliwe, ale na wstępie wypada przyjąć dobrą wolę po każdej stronie.

Jeśli więc zakładamy, że wspólnym celem tych trzech ugrupowań (Kukiz, PFP i Konfa) jest osłabienie duopolu, to w świetle tego można ocenić ich działania jako sprzyjające lub utrudniające jego osiągnięcie. Oddzielny start w sytuacji niskich notowań z całą pewnością jest czymś, co zwiększa szansę na to, że ostatecznie wszystkie głosy oddane na te listy zostaną skonsumowane przez tych, którzy znajdą się nad progiem — a więc przez system. Efekt będzie wówczas dokładnie odwrotny od deklarowanego celu (rozbicia systemu). W dodatku trzeba liczyć się z efektem społecznego dowodu (nie)słuszności i instynktem stadnym wyborców, którzy niechętnie głosują na partie balansujące w okolicy lub poniżej progu. Ludzie lubią być po stronie zwycięzcy. Więc słabe wyniki w sondażach powodują frustrację, ucieczkę głosów, zniechęcanie się kandydatów i aktywistów, a więc uruchamiają sprzężenie zwrotne, które trudno zatrzymać. Oddzielny start dwóch lub więcej komitetów, których programy w znaczącym stopniu się pokrywają, powoduje u wyborców dezorientację i zniechęcenie.

Skoro więc postulaty stawiane przez Kukiz’15 w czasie kampanii zupełnie spokojnie mieściłyby się w ramach minimum programowego Konfederacji, skoro wyborcy często deklarowali wahanie między tymi komitetami, skoro ludzie premiują zjednoczenie, a ganią podziały, to nie było rozsądnego powodu do wystawiania na te wybory oddzielnych list. Jeśli więc ktoś nie chciał takiego połączenia, w oczywisty sposób działał na szkodę „antysystemu” i na korzyść PO-PiS-u (przy czym bardziej PiS-u niż PO). A jeśli tak — to dlaczego?

Wyjaśnień może być kilka. Bo oczywiście działania na rzecz jakiejś partii nie zawsze muszą być świadome. Przeciwnik może umiejętnie wykorzystać animozje między liderami, rozpuszczać fałszywe plotki, preparować okoliczności. A czasami po prostu ambicje czy niechęci biorą górę nad zdrowym rozsądkiem i nikt nie musi w tym pomagać — może tylko zacierać ręce.
Ewidentne było natomiast, zwłaszcza pod koniec kampanii, granie przez PiS na Kukiza przeciwko Konfederacji. Było widać, że z jakiegoś powodu PiS traktuje Kukiz’15 jako mniejsze zło, że stara się histerycznie uderzać w nas, a podtrzymywać popularność kukizowców. Mogła to być oczywiście miłość bez wzajemności — nie wiem.
Ja sam przez wiele lat byłem przeciwnikiem zawierania koalicyj i sojuszy wyborczych. Ale nasza polityka bardzo się zmieniła. Na różnobarwnej i wielobiegunowej scenie politycznej lat 90. nie istniał w powszechnej świadomości podział na „system” i „antysystem”. Retoryka UPR była zawsze taka, że wszyscy inni różnią się od nas tylko tym, jak chcą podzielić Twoje pieniądze — a my chcemy Ci je oddać. Stosowanie takiej retoryki, a jednocześnie zawieranie sojuszy z jednym z ugrupowań pasożytniczych było więc piłowaniem własnej gałęzi. Trudno było w spójny sposób sprzedać jednocześnie przekonanie o wyjątkowości UPR z jednej strony i koalicję z PO czy LPR z drugiej.

Jednak w miarę upływu czasu nasza polityka dryfuje w kierunku dwubiegunowego układu PO vs PiS, który — nie bez pewnych zawirowań, ale jednak dość konsekwentnie się stopniowo betonuje. Jeszcze 10 lat temu pojęcie „zjednoczenia antysystemu” nic nie znaczyło. Jeśli już, to mówiło się raczej o „zjednoczeniu prawicy”, co było jednak kłopotliwe, bo „prawica” oznaczała dla różnych ludzi różne rzeczy. A z drugiej strony mówiliśmy o „bandzie czworga”, a nie o duopolu.
Jednak wiele lat jałowych przetasowań, w wyniku których partie w rządzie się zmieniały, a polityka pozostawała taka sama, wywołało w ludziach przeświadczenie, że wszystko to jest jeden układ, w którym stronnictwa walczą tylko o władzę, a nie o reformę Polski. W takiej atmosferze antysystemem stał się w pierwszej kolejności KNP z Korwinem, który nigdy nie był u władzy, a przez 25 lat w opozycji stał się po prostu klasykiem krytyki tego układu. Potem dodatkowo pojawił się Kukiz (po zniknięciu Palikota) i przejął ogromną część elektoratu rozczarowanego systemem jako całością. Ci rozczarowani wyborcy nie bardzo najczęściej wiedzieli, jakich reform Polska potrzebuje, ale wiedzieli, że chcą czegoś nowego i to nowe powinno się jakoś zjednoczyć i razem rozbić układ. Powstało więc mgliste pojęcie „antysystemu” i oczekiwanie zjednoczenia.

Dlatego mimo całego mojego przywiązania do ideowej czystości, obecnie uważam, że takie zjednoczenie jest potrzebne. Nie jesteśmy w stanie płynąć pod prąd i tłumaczyć ludziom, że w tym „antysystemie” nadal jest mnóstwo ludzi, którzy chcą pieniędzy podatników, tylko chcieliby je dzielić inaczej niż dotychczas. Przy obecnej percepcji sceny politycznej łatwiej przyjąć retorykę antysystemową niż forsować własną. Możemy więc pójść razem do wyborów bez wstydu, na jaki narażały nas koalicje z PO i LPR, bo wówczas nie istniała spójna retoryka, która mogła taki wspólny start uzasadnić, a teraz — istnieje. Teraz pójście z Narodowcami, Braunem czy Kukizem, to nie jest zdrada (w oczach większości wyborców), tylko zjednoczenie.

Ale okienko na „antysystem” szybko się zamyka. Zwróćcie uwagę, że w wyborach AD 2015 różne partie kreujące się na nowe i antysystemowe, zebrały w sumie 25% głosów — obecnie już tylko 16%. Stało się tak dlatego, że PiS wyprowadził układ polityczny ze stanu wcześniejszej inercji. Pojawiły się zmiany, które ludzie odczuli — jak by tych zmian nie oceniać, one po raz pierwszy są tak wyraźnie odczuwalne po zmianie rządu. Wobec tego wcześniejsza niewiara w system, który tylko pozoruje zmiany, a wymienia tylko świnie przy korycie, zaczęła wyraźnie słabnąć. Dla części ludzi te zmiany stały się czymś, czego teraz warto bronić — i ci dzisiaj głosują na PiS, a dla innych — zagrożeniem demokracji — i oni głosują teraz na zjednoczoną opozycję. Kontrast między tymi blokami stał się wyraźniejszy niż kiedyś, więc zrodzona w innych okolicznościach retoryka antysystemowa traci po prostu paliwo. W tej sytuacji niewykorzystanie tej ostatniej być może szansy na zjednoczenie, jest śmiertelnym błędem, który może teraz zepchnąć cały ten ruch do podziemia na wiele kolejnych lat.

Osobiście nigdy nie rozmawiałem z Pawłem Kukizem. Jednak wiele źródeł twierdzi, że nie tylko nie chce on żadnej koalicji, ale że też jest kiepskim partnerem do takich układów, bo jest humorzasty i nieprzewidywalny. Nie mówię tu tylko o źródłach z partii KORWiN, czy Konfederacji, ale podobne sygnały docierały również od środowisk, które ostatecznie stanęły za Gwiazdowskim. Chyba coś jest na rzeczy.

Z p. Gwiazdowskim miałem okazję rozmawiać osobiście — i z jego strony jest twarda ściana. P. Gwiazdowski, mimo mojego ogromnego szacunku do jego pracy popularyzującej wolny rynek, zupełnie nie rozumie polityki, przecenia racjonalność wyborców, własną rozpoznawalność i siłę sprawczą, ma wiele błędnych założeń, co do tego, jak należy prowadzić kampanię — wszystko to skutkowało zupełnym brakiem zainteresowania we wspólnym starcie. Jego ludzie chcieli się policzyć — ale ten plan wysypał się w momencie niezarejestrowania list ogólnopolskich. Dalsze upieranie się przy starcie PFP było kompletnie bezsensowne. To był już czysty sabotaż, na którym zyskiwał wyłącznie PiS, który nie ma już wolnorynkowych wyborców. Założeniem PFP był pragmatyzm, walka o ogromy elektorat centrowy i dwucyfrowy wynik. Wiadomo, że w momencie wyłożenia się na rejestracji żadne z tych założeń nie ma już racji bytu. Pragmatyzm nakazywałby uniknięcie bezsensownej bitwy, która musi się zakończyć sromotną porażką, zmarnowaniem sił i środków, rozczarowaniem i upadkiem. Rezygnacja ze startu mogłaby jeszcze tę słabość zamaskować. Dopuszczenie do tego, żeby wszyscy zobaczyli te 0,5% jest gestem straceńczym (z podobnych zresztą powodów byłem przeciwny startowi partii Wolność w wyborach samorządowych). Taki start wbrew wszelkiej rozsądnej kalkulacji mógłby być jakoś usprawiedliwiony w przypadku ideowej partii, która przedkłada nieskazitelność nad pragmatyzm, ale nie w przypadku PFP, która dla pozyskania wyborców poszła tak bardzo w centrum, że trudno czasem było uwierzyć, że to ciągle ten sam Robert Gwiazdowski. Więc tak, uważam, że RG działał — świadomie lub nie — wyłącznie w interesie rządu. Wbrew interesowi własnemu, wbrew interesowi zwolenników wolnego rynku i wbrew interesowi Polski.

Odniosę się jeszcze do niektórych komentarzy. Pojawiło się sporo. Niektóre były niemiłe.
P. Krzysztof Zejler zgarnął już prawie 500 polubień, więc chyba reprezentuje sporą część czytelników — dlatego poświęcę mu dłuższą chwilę.
Panie Krzysztofie, kto tu się zachowuje jak rozkapryszony bachor ? Zrzuca Pan całą frustrację za zły wynik na mnie, tylko dlatego, że stwierdziłem po prostu prawdę. Nie twierdzę, że Konfederacja i Partia KORWiN nie popełniły błędów. To zupełnie inny temat. Ale też, skoro już przy tym jesteśmy, nie przeceniałbym wpływu „profesjonalnego marketingu” na ostateczny wynik. A wie Pan może, że w zeszłym roku partia wynajęła właśnie profesjonalną agencję do prowadzenia akcji informacyjnej ? Pamięta Pan tę akcję ? Tak, to ta, której Pan już pewnie nie pamięta. Ta, na której wszyscy psy potem wieszali, że to zmarnowana kasa.

Nie ma uniwersalnego, sprawdzonego sposobu na zwycięstwo. Wszystkie partie prowadzą własny mniej lub bardziej profesjonalny marketing i efekty tych usiłowań często się po prostu znoszą. „Profesjonaliści” od sprzedaży proszków niekoniecznie zresztą potrafią dobrze ugryźć coś tak nietypowego jak niszowa partia antysystemowa i też popełniają błędy. Pańska wizja, że wystarczy iść do sklepu, kupić dobry marketing i wygrać wojnę, jest niestety naiwna. Można stosować bezpieczne, ograne chwyty, ale one zwykle dają mierne efekty, albo zaryzykować — i wtedy może być hit albo wtopa.
Poza tym proszę nie mówić do mnie w liczbie mnogiej. Ja nigdy nie miałem żadnego wpływu na działania na szczeblu centralnym ani partii, ani koalicji. Ja nie zarządzałem pieniędzmi z dotacji. Zarządzałem tylko tym, co dostałem z PE i wydaje mi się, że wycisnąłem, ile się dało. Więc proszę się uprzejmie na mnie nie wyżywać za wszystkie klęski. Stwierdzam tylko to, co powyżej — że bez rozbicia głosów byłoby nam łatwiej. Uważa Pan inaczej ? Niech Pan spojrzy na komentarze pod swoim wpisem — p. Patryk Grabowski właśnie dokładnie to mówi — rozbili w rodzinie głosy na K15 i Konfę, bo mieli dylemat !
Nie wiem też, o co chodzi z p. Woźniakiem. Ja miałem raz zaproszenie i skorzystałem. P. Woźniak udzielił mi nawet lekkiego poparcia. Nie odmawiałem właściwie nikomu wywiadów. Nie sądzę, żeby inni masowo lekceważyli takie zaproszenia — ale może o czymś nie wiem.

Tumurochir Bayanbat — Pańska tabelka, mimo że zawiera istotny błąd w założeniu, dowodzi chyba czegoś przeciwnego niż Pan się stara powiedzieć. Przecież według niej z 5 najlepszych okręgów dla Konfederacji, 4 to te bez PFP... A średnia dla okręgów bez PFP jest ok. 0,2% wyższa. Oczywiście takie liczenie jest naciągane — bo nie mamy reprezentatywnej próby. Wyniki Konfederacji w okręgach bez PFP wahały się między 5,89 a 3,8, więc już bez tego czynnika rozstrzał jest zbyt duży na takie wnioski. Z tych liczb zupełnie nie wynika, czy w przypadku braku PFP głosy by się zsumowały, czy nie. Być może w Warszawie byłoby wtedy 6,84 (suma z obu list), a być może niewiele więcej niż 5,18, które i tak dostaliśmy. Nie sposób tego zgadnąć z liczb, które Pan pokazał. Takie zestawienie opiera się na błędnym założeniu, że wiemy, ile Konfederacja dostałaby głosów bez PFP, ale to jest właśnie elementem dyskutowanej hipotezy, więc popełnia Pan błąd petitio principii.

Margarita Suchomłynowa — zupełnie nie ma Pani racji. Najpierw trzeba zagospodarować elektorat, który jest najłatwiej przekonać, który już teraz podziela większość naszych przekonań, a mimo to głosuje na inne partie — na Kukiza, na PFP, na PiS. Taki elektorat może dać nawet ponad 10%. Dopiero potem można się martwić, jak przekonać wyborców Wiosny. Z badań wiemy mniej więcej, gdzie tego elektoratu szukać — pytanie, na które nikt nie zna odpowiedzi, to co zrobić, żeby te osoby chciały jednak głosować właśnie na Konfederację, a nie np. na PiS.

Piotr Pakuła — do tanga trzeba dwojga. Jeśli wie Pan, jak przekonać Kukiza do koalicji, to proszę ujawnić ten sekret. To naprawdę irytujące, że ludzie w kółko apelują o zjednoczenie, nie wnikając, kto i z jakich powodów go nie chce. Proszę poczytać choćby część komentarzy w stylu „dobrze, że z Wami nie poszedł, szury” albo „bardzo bym się zawiódł na RG, gdyby poszedł z tą całą Konfederacją nienawiści”.
Taką retorykę jak p. Pakuła powiela wielu komentujących, np. Dominik Wozniak.

Waldemar Kaleta — przez 30 lat działania w polityce to jedno wiem na pewno, że najmniejsze znaczenie ma program. Panu się tak tylko wydaje, że wyborcy czekają na realistyczne rozwiązania. W rzeczywistości nikt niczego nie słucha. Do szerszej publiczności przebijają się tylko skrawki kontrowersyjnych wypowiedzi. Niech Pan spróbuje mówić o umiarkowanych, rzeczowych reformach, to zdmuchną Pana ziewaniem. Taką aktywność śledzi ok. 2-3% ludzi, z czego połowa się z Panem zgodzi, jeśli będzie Pan wyjątkowo świetny. Reszta jest poza zasięgiem, nigdy nawet o Panu nie usłyszy, dopóki Pan nie palnie czegoś takiego, żeby im kapcie spadły. Więc pytanie brzmi — jak dotrzeć do tych ludzi ? Moim zdaniem problem trzeba ominąć — zmniejszając frekwencję wszelkimi możliwymi sposobami, ale to temat na oddzielną debatę. A Pan tę debatę na wstępie ucina, bo to zbyt radykalne. No to powodzenia.  :)

Co do tego, czy ja swoimi złośliwościami wobec K’15 nie podcinam teraz przyszłego porozumienia... No cóż, uważam, że teraz nam już na tym porozumieniu nie musi zależeć. Zależało nam PRZED wyborami. Teraz mleko się rozlało. K’15 chciał bitwy i ją przegrał. A po bitwie zwycięzca konsumuje przegranego. Wątpię, czy jest jeszcze sens toczyć trudne negocjacje z nieprzewidywalnym panem Kukizem, bo ten ruch już teraz będzie ulegał szybkiemu rozpadowi, jeśli się do kogoś nie przyklei. Według mnie nie ma już potrzeby wyciągać do niego ręki. Teraz to oni muszą się ratować. Ale sądzę, że prędzej pójdą z PSL-em niż z nami. Obym się mylił.

No i ogólnie — najłatwiej się krytykuje z kanapy. Ja przez ostatni rok nie miałem właściwie w ogóle prywatnego życia. Wiele osób startujących z Konfederacji również zasuwało przez miesiąc jak 150. Jeśli ktoś z komentujących wie lepiej, jak zdobyć masowe poparcie dla wolnościowców, niech następnym razem wystartuje i zrobi taką kampanię, że nam wszystkim oko zbieleje. To nie jest chyba tak, że najmądrzejsi wolnościowcy zostali przy komputerach, a najmniej ogarnięci próbują działać w Konfederacji czy partii KORWiN. Naprawdę, wielu takich przychodziło i mówiło, że już wiedzą, jak świat działa i zaraz wszystkim pokażą — i okazywało się, że jednak opór materii nie jest tylko wymysłem malkontentów... Ja nie twierdzę, że wszystko było zrobione dobrze — też mam wiele zastrzeżeń. Nawet bardzo wiele. Ale to są konkretne wnioski. A ogólnikowe porady typu „weźcie się nie kłóćcie” albo „zróbcie profesjonalną kampanię” są nic nie warte. Jeśli istnieje jakiś sposób na wygranie z systemem, to musi to być coś, czego jeszcze nikt nigdzie nie próbował, bo inaczej mielibyśmy już liczne przykłady zwycięstw libertarian na całym świecie. To naprawdę nie jest takie proste.

Wykop Skomentuj11
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale