Nie jestem apologetą spiskowej teorii dziejów; nie wietrzę wszechpotężnych konszachtów żydowsko-masońskich; nie mierzi mnie osławiona "michnikowszczyzna." A mimo to poniedziałkową publikację Gazety Wyborczej o "ukrytym grzechu kościoła" przyjąłem z niejakim zażenowaniem.
Zamęt etyczny, indukowany minionej zimy przez kołowrót lustracji, wciąż kładzie się cieniem na odbiorze instytucji kościoła w życiu publicznym, a każda nowa afera raczej nie doprowadzi do zakopania topora wojennego między integrystami a niepoprawnymi sekularystami. Proszę mnie źle nie zrozumieć - polityka jawnej ekspiacji ma w moich oczach pierwszorzędne znaczenie i winna być przyczynkiem do oczyszczenia zatrutej atmosfery wokół kościoła katolickiego w Polsce. Co więcej, wszelkie wykryte nieprawidłowości i bezeceństwa powinny być bezzwłocznie nagłaśniane - nie po to, by sztucznie wywoływać sensacje lub piętnować instytucję kościoła per se, lecz jako impuls do przezwyciężenia drażniącej inercji episkopatu w kreowaniu wizerunku nowoczesnego, uczciwego katolicyzmu.
W tekście Wyborczej trudno na razie oddzielić ziarno od plew, gdyż przebieg wydarzeń pozostaje w fazie domysłów, zaś fakty policzyć można na palcach jednej ręki. Nawet jednak gdyby sprawa miała okazać się fikcją, to zamieszani w nią hierarchowie maja wystarczająco wiele powodów, by uderzyć się w pierś i zakrzyknąć mea culpa. Dlaczego biskup ordynariusz nie reagował na doniesienia o niegodziwościach, jakich miał dopuścić się ks. Andrzej? Dlaczego tenże nie został natychmiast odsunięty od pracy z młodzieżą? Dlaczego wreszcie jakiekolwiek działania podjęto dopiero pod groźbą skierowania sprawy do prokuratury? Drogowskazy moralne doszczętnie nam zardzewiały, proszę szanownego księdza.
W świetle powyższych, słuszność publikacji GW nie budzi moich wątpliwości, pozostaje jednak kwestia równie istotna, a mająca decydujący wpływ na emocjonalny odbiór tekstu - mianowicie forma. Czy krzyczący z każdej witryny sklepowej tytuł piętnujący rzekomą zbrodnię doprawdy był koniecznością? Czy odpowiednio sugestywna okładka Dużego Formatu nie byłaby w pełni wystarczająca? Z całym szacunkiem, ale chyba tylko papież w dniu śmierci doczekał sie na głównej stronie od wydawców Wyborczej równie wielkoformatowej czcionki.
Nie tego dotyczy jednak sedno całej sprawy. Można zżymać się na tabloidowy styl, ale wymogom rynku medialnego od dawna nie po drodze z etycznym umiarem. Uderza co innego. Nie dalej jak rok temu to właśnie Wyborcza wszczęła larum w sprawie bezpardonowego ataku na pewnego warszawskiego transplantologa, który mial już ponoć "nigdy nikogo życia nie pozbawić." Ile wtedy było krzyku, jakiż raban zapanował, ile to perorowano o niegodziwości publicznego ferowania wyroków. I jak najbardziej słusznie! Mija kilka miesięcy, a relatywizm moralny redaktorów Wyborczej ordynarnie wyziera zza maszynopisu.
Nie chciałbym skłamać, ale w przeciągu dwóch dni od rzeczonej publikacji słyszałem blisko tuzin komentarzy ze strony ludzi, którzy wyłącznie na podstawie okładki GW zdążyli odsądzić oskarżonego księdza od czci i wiary, wylewając przy tym morze jadu i ekstrapolując powyższy przypadek na imputowaną polskiemu kościołowi moralna degrengoladę. Czyż to nie jest owo ferowanie wyroków w najczystszej postaci? Ilu czytelników Wyborczej, którzy zechcieli w ogóle wgłębić się w lekturę czegokolwiek poza strona tytułową, dostrzegło niewielki anons wewnątrz numeru, zapowiadający wtorkowy wywiad z oskarżonym? Tak właśnie wygląda proporcjonalny rozkład miejsca między atakujących i atakowanego. Nikt tu najwyraźniej nawet nie próbuje zachować pozorów parytetu.
Cała ta diatryba zastanawia i dziwi tym bardziej, że Wyborcza już dawno została zaszufladkowana jako antyklerykalna, antykatolicka i antypolska. Czy nie rozsądniej byłoby zatem wykorzystać taki materiał do pozbycia sie uwierającej łatki? Co Gazeta chciała zyskać, dociskając pedał gazu? Już słyszę oburzone głosy abp Michalika czy Głodzia, jak to jesteśmy świadkami próby rozbicia jedności kościoła (swoja drogą, jakiej jedności???) przez siły nieczyste. Nota bene wyczytałem dziś komentarz bp Pieronka utrzymany w takim właśnie tonie. W świetle napastliwej formy publikacji GW, wiele osób przyzna pewnie racje hierarchom.
Pal licho i tak marną już reputacje Wyborczej; gorzej, że sedno sprawy znów może zostać przysłonięte przez tematy zastępcze. Czyż nie tak było ostatnimi czasy z książkami Grossa i Bartosia? Merytoryczny dyskurs w obu przypadkach niepostrzeżenie zboczył na manowce wzajemnych animozji i resentymentów. Zamiast problemem antysemityzmu w powojennej Polsce, tudzież nadmierną mitologizacją pontyfikatu JPII, zajmujemy się głównie pseudo-psychoanalityczną lustracją rzekomej antypolskiej fiksacji Grossa, ewentualnie kryzysem wiary Bartosia (na zasadzie: sam nie dał rady, a teraz zgrywa chojraka!).
Wśród dojmującego niesmaku, niniejszym pozostaje chyba tylko powitać Wyborczą na powrót w zaszczytnym gronie wrogów narodu polskiego. Gdybym był złośliwy, posądziłbym pewnie jej redaktorów o perwersyjną predylekcję do publicznego batożenia. Całe szczęście nie jestem.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)