Szczęście wielkie nas spotkało, drodzy rodacy - i to szczęście, którego w swej małostkowej ignorancji zdajemy się nie doceniać. Tak w każdym razie skonstatować można, przeczytawszy zapowiedzi wizyty w Polsce dwóch dzielnych bojowników o wolność uciśnionych współbraci homoseksualistów: niejakiego Brendana Faya i jego męża (Matko Chrystusowa, módl się za nami!) Thomasa Moultona. Jak przystało na kraj szczycący się wielowiekową tradycją gościnności, znamienici przybysze zza oceanu zostaną przez nas podjęci z należytymi honorami.
Panowie Fay i Moulton w poniedziałkowe przedpołudnie zaszczycą swoją obecnością posiedzenie Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, wystąpią również przed sejmowymi kamerami z płomiennym orędziem do narodu polskiego, tudzież do jego licznej homoseksualnej populacji. Egzotyczni goście deklarują ponadto chęć spotkania z polskim prezydentem, jednak obawiam się, iż w natłoku tych wszystkich wydarzeń może zabraknąć im na to czasu. Wielka szkoda, gdyż Pan prezydent z pewnością przyjąłby ich z otwartymi ramionami... W międzyczasie nasi goście, korzystając ze sposobności, głosić będą zapewne urbi et orbi solidarność z prześladowanymi i zaszczutymi gejami i lesbijkami, którym przyszło wieść żywot w tym uwstecznionym kraju nad Wisłą, a ich czujne oczy z pewnością wyśledzą najmniejszą nawet oznakę homofobicznej degeneracji Polaków.
Żarty żartami, ale słuchając reakcji na jutrzejszy przyjazd do Polski dwóch szerzej nieznanych jegomościów, człowiek zaczyna się poważnie zastanawiać, czy zdrowy rozsądek nie wybrał się na urlop. Potrafię zrozumieć, że poseł Kalisz wykorzystuje niespotykane zainteresowanie mediów i opinii publicznej do zamanifestowania, że lewica jeszcze do reszty o mniejszościach seksualnych nie zapomniała - tak przynajmniej należy chyba odczytać zapowiedzi jego spotkania z Fayem i Moultonem. Rozumiem też, że ci dwaj faktycznie mieli prawo poczuć sie urażeni bezprawnym wykorzystaniem ich wizerunku w prezydenckim orędziu, w takim a nie innym kontekście. Tyle tylko, że złożona przez Faya w nowojorskim konsulacie skarga na Lecha Kaczyńskiego o naruszenie prywatności z prawnego punktu widzenia załatwia sprawę. Dlaczego by jednak nie wykorzystać tej całej "godnej politowania" (cytuję za konsulem) sytuacji do odegrania farsy pod tytułem "cywilizacja zza żelaznej kurtyny puka do bram ciemnogrodu"?
Proszę mnie przy tym źle nie zrozumieć; nie posądzam bynajmniej panów Faya i Moultona o jakiekolwiek niecne intencje - oni po prostu zdają sie nieświadomie generalizować sytuację w Polsce na podstawie pojedynczego incydentu. Drażni mnie natomiast środowisko rodzimych, pożal się Boże, działaczy homoseksualnych, którzy tradycyjnie podgrzewają atmosferę, usiłując tendencyjnie zniekształcić obraz rzeczywistości dla własnych potrzeb.
Szymon Niemiec programowo odstawia błazenadę, wnosząc przeciw Lechowi Kaczyńskiemu pozew o zniesławienie i naruszenie godności osobistej, domagając się przy tym przeprosin i zadośćuczynienia (aż się boję pomyśleć w jakiej formie...). Niemiec odebrał ponoć osławione orędzie w sprawie Traktatu jako "bezpośredni atak" na swoją osobę, mający rzekomo na celu poniżenie go w oczach opinii publicznej. Nie po raz pierwszy daje niniejszym przykład swej narcystycznej megalomanii i dowodzi, że nikt nie umie poniżyć go skuteczniej niż on sam. Przykre jest tylko to, że wszyscy ci samozwańczy rzecznicy z Niemcem na czele wypaczają wizerunek polskiego homoseksualisty, utrwalając obraz cierpiętniczej "sieroty," której godność osobistą urazić łatwiej niż uczucia religijne rydzykowych moherów.
Niestety, do chóru srodze oburzonych postanowił dołączyć również rzecznik SLD, nazywając prezydenckie wystąpienie "bezprecedensowym aktem nietolerancji i atakiem na mniejszości seksualne." To doprawdy interesujące, bo ja na przykład w słowach "[Karta Praw Podstawowych] poprzez brak jasnej definicji małżeństwa jako związku mężczyzny i kobiety może godzić w powszechnie przyjęty w Polsce porządek moralny i zmusić nasz kraj do wprowadzenia instytucji społecznych sprzecznych z moralnym przekonaniem większości społeczeństwa" żadnego ataku doszukać się nie mogę. Co więcej, używając epitetu "bezprecedensowy," Kalita wyświadcza polskim gejom i lesbijkom niedźwiedzią przysługę, gdyż starając sie na siłę zdemonizować skalę prezydenckiego występku, de facto neguje fakt istnienia dotychczas jakichkolwiek przejawów zachowań homofobicznych w życiu publicznym.
Na zakończenie pewna uwaga, chciałbym wierzyć, że nadmiernie asekurancka: ja naprawdę opowiadam się za pełną tolerancją dla mniejszości, nie tylko zresztą seksualnych, a co za tym idzie nie skakałbym z radości, gdyby ktoś przyprawił mi gębę homofoba tylko dlatego, że ośmielam sie poddać krytyce stanowisko działaczy lewicowych w tej jednej konkretnej sprawie. Obawiam się niestety, że i tak może być, albowiem dyskusja na temat zjawiska homoseksualizmu ma u nas ciągle niedojrzały, absolutystyczny wymiar (zresztą tak samo jak choćby w przypadku problemu aborcji) - albo jesteś z nami, albo przeciwko nam. A koniec końców warto pamiętać, że - trawestując Marka Koterskiego - moja racja jest i tak mojsza niż twojsza.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)