30 obserwujących
277 notek
308k odsłon
1210 odsłon

Wieczysta pragmatyka polityki zagranicznej

#prawo-cytatu_uwzględniać-priorytety
#prawo-cytatu_uwzględniać-priorytety
Wykop Skomentuj58

Racjonalną politykę zagraniczną zawsze warto rozpoczynać od sformułowania dalekosiężnej, wielowektorowej strategii, która – z uwzględnieniem aktualnej bądź możliwej do przewidzenia dynamiki geopolitycznej – w najlepszy sposób zapewni państwu bezpieczeństwo oraz optymalną realizację interesów politycznych, tożsamościowych i gospodarczych jego obywateli.

O ile wypracowywanie takiej strategii warto (zgodnie z zasadami kontradyktoryjności i konkurencyjności) powierzyć nawet kilku zespołom ekspertów, o tyle już nad przygotowanymi przez nich propozycjami powinna odbyć się debata publiczna, nie unikająca też  szerszych, pogłębionych konsultacji społecznych. Natomiast przyjęcie finalnej strategii jako programu działania resortu spraw zagranicznych państwa powinno być możliwe dopiero po uzyskaniu wyraźnej zgody większości, np. w ogólnonarodowym referendum. Zgodnie z dewizą nic o nas bez nas.

Na Zachód marsz!
Nietrudno zauważyć, że właściwie wszystko, co działo się w tym zakresie w Polsce po roku 1989, a zwłaszcza po roku 2001, odbywało się jednak mocno inaczej. Owszem, warto pamiętać, że w ostatniej dekadzie minionego stulecia Polska wychodząca z komunistycznej opresji nie miała w zasadzie wyboru, więc zmiana orientacji na zachodnią była do pewnego stopnia bezdyskusyjna, a dość szeroki konsens społeczny na przystąpienie do integracji europejskiej i na członkostwo w NATO – niejako domyślny.

Nie znaczy to bynajmniej, że nie było w kraju środowisk wyraźnie niechętnych biurokratycznie sformalizowanej jedności z Europą. Tym bardziej że już pod koniec lat 90. skutki niekorzystnego dla Polski traktatu przedakcesyjnego dawały znać o sobie, ale „pozyskanie” dla idei integracyjnej krajowych środowisk opiniotwórczych – czyli ludzi mediów, naukowców, artystów, celebrytów, części polityków, a nawet niektórych hierarchów Kościoła katolickiego – wreszcie sprytne przyczajenie się postkomunistów, którzy już zaczęli przymierzać szatki eurokratów z Gramscim i Spinellim w tle, skutkowało tak poważną przewagą medialną, iż w dwudniowym referendum w czerwcu 2003 roku decyzję tę skutecznie przepchnięto.

Postkomuniści (należałoby ich raczej nazwać eks-właścicielami Polski Ludowej), tak ochoczo sprzyjający integracji europejskiej, oponowali z kolei przeciwko przystąpieniu Polski do NATO. Była to jednak z ich strony raczej demonstracja niż realny opór, jeżeli pamiętać, że część oficerów z peerelowskich służb już od 1990 roku współpracowała z Amerykanami, a nieco później Leszek Miller odegrał istotną rolę przy sprawie pułkownika Kuklińskiego.

Anachroniczny Giedroyć, chybiony prometeizm
Jeśli nawet uznać decyzje o uczestnictwie w tych dwóch strukturach świata zachodniego – europejskiej i euroatlantyckiej – za podjęte racjonalnie, bo zasadniczo z pożytkiem dla narodu oraz państwa mającego być polityczną emanacją suwerena, to już np. szczegółowa konkretyzacja relacji Rzeczypospolitej z państwami sąsiednimi, w tym z Niemcami i Federacją Rosyjską, ale również z Ukrainą, Litwą czy Białorusią po roku 1989 odbywała się w ramach dyskretnej polityki gabinetowej i z oszczędnie dystrybuowaną prawdą o braku symetrii w korzyściach odnoszonych przez obie strony.

Po męsku rzecz ujmując, zarówno pozbawiony krztyny politycznego rozsądku prometeizm w relacjach z Białorusią Łukaszenki, jak i nader kunktatorska miękkość wobec Litwy czy Ukrainy, za każdym razem skutkowały jedynie pogorszeniem statusu mieszkających tam Polaków, przywilejami dla osób narodowości litewskiej i ukraińskiej w Polsce oraz dość ostentacyjnym lekceważeniem Rzeczypospolitej przez Wilno czy Kijów. Próba mechanicznego nawiązywania do federacyjnych konceptów Giedroycia byłaby w swym anachronizmie nawet zabawna, gdyby nie cierpiała na tym powaga polskiego państwa oraz interesy tamtejszej Polonii. Opowieści o korzyściach z istnienia stref buforowych w czasach, gdy agresywne mocarstwa dysponują transkontynentalnymi środkami przenoszenia broni nuklearnej, a granica z obwodem Królewieckim jest faktem, rodzi pytanie o zwykły ludzki rozsądek autorów naszej polityki wschodniej po roku 1989. No, chyba że cele deklarowane nie mają nic wspólnego z rzeczywistą strategią operatorów MSZ. 

Głęboko niepartnerskie pozostają również stosunki Polski ze Stanami Zjednoczonymi czy Izraelem, o czym nader wyraziście mogliśmy się przekonać szczególnie w ciągu kilkunastu minionych miesięcy. Owszem, ostatnio pojawiły się sygnały sugerujące przyhamowanie tych tendencji, ale nie da się ukryć, że stało się to dopiero po marszu i manifestacji z 11 maja oraz na krótko przed istotnymi w tegorocznym kalendarzu politycznym wyborami do Parlamentu Europejskiego. Trudno zatem nie traktować tych quasi-pojednawczych gestów jako próby gaszenia lekkomyślnie wywołanego pożaru. Zbyt wiele było już jawnie manifestowanej wrogości bądź interesownie potraktowanej napastliwości – pozostających zresztą w całkowitym rozbracie z prawdą! – by teraz znów uwierzyć w szczerość takich deklaracji czy dobre intencje ich głosicieli.  

Geopolityczna huśtawka bezpieczeństwa    
Dla krajów, które wyszły z bloku sowieckiego, przystąpienie do Unii Europejskiej, zwłaszcza z perspektywy tamtej pamiętnej Jesieni Narodów ’89, wydawało się nieść same korzyści. Mniejsza już o to, że miraże członkostwa w klubie bogatych państw Zachodu okazały się w znacznej mierze przesadzone, ale co gorsza przyjęty w grudniu 2009 roku traktat lizboński, czyli w istocie nieco okrojona konstytucja europejska pod zmienioną nazwą, przeniósł uczestników integracji do innej rzeczywistości: może i bardziej realnej dla państw największych, lecz zdecydowanie mniej korzystnej dla krajów mniejszych i średnich.

Wykop Skomentuj58
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka