...pierwszego z serii wielkich zwycięstw militarnych w polskiej historii, które nie przełożyły się na sukces polityczny. Tak starcie między polsko-litewską armią Jagiełły i Witolda a wojskami Zakonu Najświętszej Marii Panny przedstawiają na ogół historycy. Od wielu lat w okolicach 15 lipca powracam w myślach i w lekturze do tamtego wydarzenia, a im bliżej 600-nej rocznicy, robię to z coraz większym zainteresowaniem. I dochodzę do wniosku, że nasi dziejopisarze niekoniecznie prezentują trafne interpretacje tego wydarzenia.
Aby właściwie ocenić owoce tej wielkiej bitwy sprzed sześciu stuleci, warto zwrócić uwagę na kilka elementów, które być może pozwolą zrozumieć, dlaczego klęska grunwaldzka nie stała się przysłowiowym gwoździem do trumny Zakonu Krzyżackiego. Uczeń polskiej szkoły zapyta w tym miejscu - jak to? Przecież bitwa pod Grunwaldem była początkiem końca dla zakonnego państwa w Prusach. Odpowiem na to - władztwo krzyżackie nad Bałtykiem upadłoby nawet wtedy, gdyby Krzyżacy pobili polskie i litewskie chorągwie. Teokratyczne państwo było anachronizmem w Europie schyłku średniowiecza (wyłączając specyficzny przypadek papiestwa) i nie podejmując istotnych reform instytucjonalnych - a Krzyżacy takich nie podejmowali - było skazane na porażkę. Dlatego bitwa stoczona 15 lipca 1410 roku nie zadecydowała o losach Zakonu. Oczywiście gdyby Jagiełło poniósł klęskę pod Grunwaldem, nie byłoby trwającej ponad stulecie mocarstwowej pozycji Królestwa Polskiego w Europie Środkowej i Wschodniej, ale sądzę, że nasze państwo przetrwałoby taki kryzys. Po ewentualnym zwycięstwie Krzyżaków goście z Europy Zachodniej wrócili by do domów w glorii obrońców chrześcijaństwa, natomiast kilkuset zakonnych braci nie byłoby w stanie "okupować" pokonanego sąsiada. Oczywiście taki "gdybologiczny" scenariusz można rozwijać rozmaicie, w zależności od tego, czy założymy śmierć Jagiełły w bitwie i jakie przyjmiemy rozmiary klęski. Ale nie o "mniemanologię" tu idzie, ale o obraz realnej wiktorii grunwaldzkiej w naszej historiografii.
W starciu z Zakonem niemal skazani byliśmy na klęskę, przed którą uratowały nas działania ówczesnego wywiadu oraz geniusz wojskowych inżynierów, stawiających most pontonowy na przeprawie przez Wisłę pod Czerwińskiem. Dzięki nim Jagiełło przeprowadził uderzenie, które było dla Zakonu zupełnym zaskoczeniem i zmuszało Krzyżaków do przyjęcia bitwy w niekorzystnych dla nich warunkach. W przeciwnym razie na lekcjach historii nie uczono by nas o wielkim zwycięstwie pod Grunwaldem, ale o straszliwej klęsce pod Kurzętnikiem, gdzie w pułapce zastawionej na polskie wojska oczekiwała cała armia Zakonu. Jednak krwawe żniwo na polach między Grunwaldem, Stębarkiem i Łodwigowem okazało się bardzo kłopotliwe dla polskiego monarchy, który podniósł wszak rękę na chrześcijański zakon rycerski, cieszący się poparciem papieża i wielkim prestiżem oraz popularnością w Europie. Stąd między innymi wynika powściągliwość w relacjach dotyczących ostatnich chwil wielkiego mistrza Ulricha von Jungingen, który nie został zabity przez chłopską piechotę - jak chce nasza tradycja od Sienkiewicza i Matejki poczynając - nieobecną zresztą pod Grunwaldem, ale przez jednego z polskich rycerzy. O tym milczą oczywiście kronikarskie relacje - starano się nie eksponować opisu rzezi, w której spośród około 250-ciu uczestniczących w bitwie zakonników ocalało zaledwie 40. Nagłośnienie tego faktu byłoby wielkim skandalem i kłopotem dla władcy, nawróconego z pogaństwa ćwierć wieku wcześniej. Takiego obrotu sprawy Jagiełło chyba się nie spodziewał i jego głęboki smutek na widok wyrżniętej w pień starszyzny zakonnej dowodzi, że celem polskiego monarchy nie była fizyczna eksterminacja Zakonu. Inne cele mieli jednak polscy i litewscy rycerze, którzy nie słuchali królewskich rozkazów nakazujących branie pokonanych w niewolę, lecz wycinali ich w pień, kierując się słusznym przekonaniem, że dobry Krzyżak to martwy Krzyżak.
Być może to właśnie niepokój króla o polityczno-religijny odbiór tej bitwy, a nie tylko wyczerpanie krwawymi zmaganiami, tak bardzo opóźnił marsz na Malbork, co komturowi Świecia Heinrichowi von Plauen dało szansę na zorganizowanie skutecznej obrony. Niepowodzenie armii polsko-litewskiej pod ceglanymi murami krzyżackiej stolicy zadecydowało zaś o tym, że rok później w Toruniu wynegocjowano traktat pokojowy nieproporcjonalny do rozmiarów grunwaldzkiego zwycięstwa. Czy była to zatem jedna z owych wielu zmarnowanych wiktorii w naszych dziejach? Moim zdaniem nie - to był szczyt możliwości ówczesnej monarchii polskiej sprzymierzonej z wielkoksiążęcą Litwą i bardzo bolesny cios dla Zakonu. Ale kryzys pruskiego władztwa Krzyżaków zaczął się znacznie wcześniej, a o jego losach w większym stopniu zadecydowała emancypacja miejscowej szlachty i mieszczaństwa, które to stany w decydującym momencie, w trakcie wojny trzynastoletniej poddały się władzy polskiego króla. Znając jednak dramatyczny przebieg tej kolejnej wojny z Zakonem łatwo można stwierdzić, że to nie Grunwald był początkiem końca, choć z pewnością ważnym etapem na drodze do ostatecznego zwycięstwa.
Uff!!! Przepraszam za ten elaborat :) A dla mnie dziś ważna rocznica mojego prywatnego "Grunwaldu" - mija rok od kiedy rzuciłem palenie :)




Komentarze
Pokaż komentarze (9)