Niedaleko Krakowa, w Sułoszowej, zaczyna swój bieg rzeka Prądnik. Wartkim prądem rzeźbi swą niezwykłej urody dolinę w Ojcowskim Parku Narodowym, by następnie w okolicach Zielonek spłynąć między pola i domy. Tutaj nie musi się już tak spieszyć, teren jest łatwiejszy, bardziej płaski, wybiera więc dla siebie dogodne miejsca tworząc liczne zakola.

Brzegi porośnięte gęsto drzewami i niższą roślinnością, zapewniają zwierzętom i ptakom spokojny azyl na terenach przylegających do siedzib ludzkich.

Obecnie rzeka pokryła się lodem, tylko w niektórych miejscach szybszy nurt wygrał z mrozem.

W jednym z takich miejsc czekała na mnie niespodzianka.

Wydra nie wyglądała na przestraszoną, widocznie przywykła do widoku człowieka.

Na wszelki wypadek jednak czujnie nasłuchiwała

i rozglądała się wokoło.

Pozwoliła zrobić sobie kilka zdjęć, po czym zniknęła pod lodem.

Przeszłam kawałek w górę rzeki i znów zamarłam...

Wydra wynurzyła się z innej przerębli i wygodnie rozłożyła się na jej brzegu, szykując się najwyraźniej do odpoczynku.

Chyba nie zauważyła mnie w pierwszej chwili. Niestety, nieostrożne skrzypnięcie śniegiem od razu zwróciło jej uwagę.

Spojrzała na mnie z wyrzutem, a po chwili bez pośpiechu chlupnęła z powrotem do wody.

Stałam tam jeszcze przez jakiś czas, mając nadzieję, że uda mi się znowu ją zobaczyć, ale zimno szybko przekonało mnie do powrotu. Wracałam jednak bogatsza o wspomnienie niezwykłego spotkania.



Komentarze
Pokaż komentarze (55)