Tędy i owędy
Nie siedzę okrakiem na barykadzie!
80 obserwujących
2126 notek
2831k odsłon
384 odsłony

Artura Barcisia oda do koronawirusa

Wykop Skomentuj5

To było ponad dwadzieścia lat temu: dziecko z przedszkola wróciło przeziębione - jak później się okazało, miało grypę. Mąż, który zawsze był odporny i nie palił się do czułości z sześciolatkiem, został oszczędzony, ale calutka rodzina (łącznie z osobami zaszczepionymi przeciw grypie) legła pokotem. Dziecię powędrowało do szpitala (odwiedzali go wszyscy, wiedząc, na co dziecko choruje), po czym powędrowało do kuzynów, którzy styczności z nami w najgorszym momencie nie mieli.

Ja, po cołodziennym dyżurze u synka, wieczorem wzięłam książkę, otuliłam się kocem i ... zaczęłam odpływać. Nic mnie nie bolało, ale czułam się, jakbym miała temperaturę - zmierzyłam więc i, oczywiście, termometr pokazał ponad 40 stopni. Zanim poszłam spać, zdążyłam jeszcze - bardzo przytomnie - mężowi zaordynować separację od łoża, co się okazało jednym z lepszych posunięć w życiu, bo okazał się on jedną z nielicznych osób mogących odwiedzać dziecko i dostarczać pożywienia i napojów zarówno mnie, jak i rodzinie chorej na grypę.

Tej samej nocy zaczęło się pasmo udręk, których - na szczęście - byłam mało świadomym świadkiem. Wysoka gorączka wymuszała sen całodobowy; upiorne bóle mięśni całego ciała pozwalały, że ciągle się wybudzałam. Jak przez mgłę pamiętam lekarza, który mi coś tam zapisał i kazał przyjść na kontrolę. I leżeć w łóżku.

Tabletek pilnował mąż, a ja przez pięć dni leżałam mało przytomna, targana wysoką temperaturą wieczorem i niską rano. Do mięśniobóli doszedł potworny ból gardła: nawet przełknięcie śliny odczuwałam jako złośliwą torturę ze strony własnego organizmu; piłam tylko wtedy, gdy mąż poił mnie łyżeczką.

Ten najgorszy okres, kiedy byłam przekonana, że umrę, trwał 5 dni; przez następne dwa po prostu czułam się bardzo, ale to bardzo, źle, ale po tygodniu wreszcie pierwszy raz coś zjadłam. To właśnie wtedy dziecko wróciło do domu, a ja rozpoczęłam powrót do życia i zdrowia (syn miał po tygodniu niejedzenia apetyt jak nastolatek, a ja byłam w stanie jedynie zamawiać jedzenie z dowozem - jak do tej pory był to jedyny taki okres w moim życiu).

Następne tygodnie to była nierówna walka z osłabieniem: początkowo wzięcie prysznicu wydawało mi się czymś równie trudnym, jak - bo ja wiem? ... - rozładowanie statku towarowego. Potem zaczęłam stopniowo wracać do normalnego życia, ale całkowite dojście do formy sprzedgrypowej trwało jakieś dwa miesiące (w przeciwieństwie do dziecka, które po tygodniu od wyleczenia się było w pełni zdrowe). To był ten rok, kiedy grypa zbierała wyjątkowo śmiertelne żniwo nie z powodu powikłań, tylko za przyczyną odwodnienia - jak się domyślam, chodziło o ten niesamowicie degradujący ból gardła uniemożliwiający przełykanie.

Panu Barcisiowi i innym osobom walczącym z koronawirusem życzę jak najszybszego powrotu do całkowitego zdrowia oraz POKORY. Bo Los, gdy ktoś rzuca mu wyzwanie, kocha je podejmować.

Czego, z kolei, nikomu NIE życzę.

P.s. Grypa nie obeszła się ze mną bardzo okrutnie, ale trwały ślad pozostawiła: do dziś w miesiącach zimowych, przy najmniejszej nawet infekcji, mam zawroty głowy.

https://film.interia.pl/wiadomosci/news-artur-barcis-ma-koronawirusa-mdlosci-bol-miesni-rece-jak-z-w,nId,4841192#iwa_source=worthsee

Wykop Skomentuj5
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości