Katastrofa smoleńska zdarzyła się prawie cztery lata temu. Prawie cztery lata, podczas których wmawiano nam, że Rosja to normalny, demokratyczny kraj, nie ma mowy o żadnej wrogości, a pełne zaufanie do organów tego państwa to rzecz normalna i zrozumiała.
Minęłó kilkadziesiąt miesięcy. Rosja wyciągnęła chciwe łapki po część (co najmniej) Ukrainy, a w Polsce narracja (również ta oficjalna i głównonurtowa) zmieniła się diametralnie. Polityczne dziewice, które wcześniej nie miały pojęcia, jakimż to krajem faktycznie jest Rosja, doznały olśnienia i okazało się, że Rosja to tfu, państwo-agresor, które - być może - jest zagrożeniem również dla Polski.
W tej sytuacji zasadne wydaje się przywołanie postaci naszego jedynego przedstawiciela przy MAK, pułkownika Edmunda Klicha. Pan ten, jak się okazało, był chodzącym stojakiem na aparaturę podsłuchową, przy czym - jak sam wyznał - nie podsłuchiwał wyłącznie Ministra Grabarczyka i Premiera Tuska. Wówczas to ówczesny Minister Spraw Wewnętrznych publicznie oświadczył, że akredytowany zostanie sprawdzony, czy przypadkiem nie jest rosyjskim szpiegiem. Podkreślam, żeby mi tu znów jakiś ćwierćinteligent nie imputował, że nie mam dowodów - takie podejrzenie rzucił MSW. Z jednej strony - reakcja wydaje się nieco spóźniona, bo chyba warto to było sprawdzić PRZED powierzeniem mu tak ważnej funkcji akredytowanego, ale dobrze, że w ogóle podjęto tę cenną inicjatywę. Niestety, jakoś nie mogę się doszukać informacji, jak to sprawdzanie się skończyło, w związku z czym w przestrzeni publicznej ciągle unosi się podejrzenie rzucone przez samego MSW, że najważniejszego polskiego śledztwa dozorował ... rosyjski szpieg. Warto chyba byłoby wreszcie wyjaśnić tę sprawę.
A jeśli już jesteśmy przy polskim akredytowanym, to mnie ciągle jeszcze męczy jego wyznanie, że gdyby pomiędzy pierwszą a drugą turą wyborów prezydenckich wyjawił swoją wiedzę o katastrofie smoleńskiej, to wynik tych wyborów mógłby wyglądać inaczej. Przypomnijmy - chodzi o przyspieszone wybory prezydenckie po tragicznej śmierci Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, które ostatecznie wygrał Bronisław Komorowski. Czyż to nie jest fascynująca spraw? Czy nie warto byłoby, aby jakiś dziennikarz śledczy postarał się dowiedzieć, jak to z tym naszym akredytowanym było i co miał na myśli? ...
A jes jeszcze jedna sprawa, o której napomknął dziś Rosemann (link poniżej) - chodzi o doradcę Prezydenta Komorowskiego, który w programie Moniki Olejnik, w kontekście katastrofy smoleńskiej, wypowiedział taką oto kwestię:
To, że premier Rosji, z taką a nie inną przeszłością, przypomnijmy, z resortu, który przecież robił Katyń, pojawi się z polskim premierem na grobach katyńskich i powie to co powiedział, powinno być rzeczą tak niesłychanie ważną i tak cenną, że powinniśmy na ołtarzu tej sprawy złożyć każdą ofiarę.
Słowa, w oczywisty sposób, albo bezmyślne, albo .... zbyt szczere. Tak czy inaczej, dyskwalifikuje to taką osobę jako doradcę Prezydenta. Dyskwalifikowało już wówczas, a dziś - tym bardziej. Zgadzam się z Rosemannem, że taka osoba powinna zniknąć z polityki. Nie, skąd! Z życia publicznego w ogóle!
Ciekawe, czy jakiś dziennikarz zadał Panu Prezydentowi pytania "o postać" (jak ostatnio modnie zrobiło się mówić) profesora Nałęcza? ...
Nie? No właśnie. Dlatego uważam, że w Polsce nie ma dziennikarzy, niestety.
http://rosemann.salon24.pl/572476,tusk-rozmawial-z-putinem


Komentarze
Pokaż komentarze (24)