Po mianowaniu Tuska kr olem ... wróć, cesarzem ... Europy w PO zapanowało wyraźnie ożywienie. Na linii mety natychmiast zameldowała się Kopacz; od wyjścia na udeptaną ziemię nie uchylił się Schetyna (ten, który wedle Palikota powinien mieć krew i spermę na twarzy). Oczywiście, w takiej sytuacji prezydent nie mógł pozostać obojętny: wszyscy wiedzą, że teraz jest być może ostatnia okazja, by dorwać się do kurka z pieniędzmi unijnymi.
Bo przecież to o to chodzi - podobnie, jak chodziło w roku 2007 - o wielką perspektywę finansową. Dlatego wtedy wszystko zostało postawione na jedną kartę; dlatego w 2010 r. nastąpiła katastrofa. Chodzi o strumień pieniędzy tak ogromny, że tylko z odsetek spokojnie mogą się dorobić całe klany, bo nawet już nie rodziny ... a przecież jeszcze agencje nadzorujące, partnerstwa publiczno-prywatne, przetargi, dotacje, szkolenia, ustawki dla misiaków i tłustych miśków ... Tak - bylo o co walczyć i teraz ZNÓW warto stanąć w szranki!
Prezydent, który do chwili obecnej był nieco na uboczu tego szerokiego strumienia, musi mieć na uwadze własną rodzinę pod kątem nowej perspektywy finansowej. To chyba oczywiste że rodzina jest najważniejsza ...?
Gdy więc pojawiły się pierwsze doniesienie o nominacji zaufanej Tuska, nic dziwnego, że prezydent zapowiedział, iż może mieć własny pomysł na premiera. Oczywiście, przeciwnik nie mógł pozostać dłużny, i w mediach pojawiły się informacje, że prezydencki doradca, Henryk Wujec, będzie mieć zarzuty w związku ze spowodowaniem wypadku samochodowego. Ot, do tej pory sprawa sobie leżała spokojnie prawie osiem miesięcy aż tu - zupełnie nagle i bez związku - została aktywowana ... Ot, taki delikatny klaps. Nic wielkiego. Po prostu - życzliwe ostrzeżenie, które prezydent zrozumiał.
Pouczony prezydent przyznał, że mianowanie premierem kogokolwiek innego, niż powiernica Tuskowa, byłoby nieodpowiedzialnością, i natychmiast otrzymał uprzejmy rewanż: nie będzie musiał stawić się jako świadek na sprawie dotyczącej "afery aneksowej". Jak uroczo, nieprawdaż? ....
Naturalnie - pan prezydent i jego chęci są tu najważniejsze, ale nie zapominajmy też o innych aferach, koniuktruralnie poukrywanych pod różnymi dywanami: a to informatyczną, a to pendolinową, a to taśmową ...
Nigdy nie wiadomo, czy "władca taśm", jeśli ma odpowiednio dużo krwi i spermy na twarzy, nie zechce grać samodzielnie, bez pomocy pana prezydenta? ...
Chociaż to akurat jest gra bardzo niebezpieczna. Bardzo, bardzo niebezpieczna. Zaryzykuję nawet taką delikatną grę słówek - taka gra może się nawet okazać śmiertelnie niebezpieczna.
Z całą pewnością żyjemy w ciekawych czasach - co jakoś mnie specjalnie nie napawa optymizmem, ale przynajmniej to, co normalnie można poczytać dopiero w memuarach wydanych po śmierci głównych bohaterów, rozgrywa się wprost na naszych oczach.



Komentarze
Pokaż komentarze (13)