Odkąd piekę chleb na zakwasie, zawsze go dostawałam od kogoś - no bo latem jakoś mniej się chce używać piekarnika, a i wyjazdy dłuższe się trafiają, a zakwas w lodówce wytrzymuje do dwóch tygodni. Od kilku już lat mam jednak opory (bo ileż razy można prosić o to samo? ...) i postanowiłam wyhodować własny zakwas. W końcu - co za problem: tyle jest przepisów w internecie ... na przykład poniższy:
http://www.mojewypieki.com/post/zakwas
A to też nie jest jeszcze najgorszy. Część przepisów sugeruje wyższy stopień wtajemniczenia i rytuały niemalże sekretne: brak mi tam tylko spluwania przez lewe ramię i dokonywania czynności o północy na skrzyżowaniu dróg, przy kapliczce ... Miesięcznik "Kuchnia" Magazyn dla smakoszy (sic!) skusił się na wersję już najbardziej odjechaną: taką, w której w okrślonych dniach trzeba dosypywać i odejmować, dosypywać i odejmować ...
Wyobraźmy sobie przepis na kapustę kiszoną: pierwszego dnia poszatkować główkę, posolić i ubic w beczce. Za dwa dni dorzucić pół poszatkowanej główki i znów ubić, w szóstego dnia - przy pełni księżyca - dodać kolejną porcję kapusty i wtedy można już się rozkoszować smakiem przepysznej, domowej roboty, kapusty ...
Prawda, jaki kretyznizm? ... A najbardziej mi głupio, że każdy z tych receptur uczciwie wypróbowywałam, aby nie być gołosłowną. A przecież wystarczy odrobina logiki (i praktyki w kiszeniu) by wiedzieć, że to są androny wyssane z palca.
Sięgnęłam więc do nieocenionej "Kucharki litewskiej" i zrobiłam zakwas. W sobotę po południu w słoiku wymieszałam dwie łyżki mąki żytniej razowej z nieprzegotowaną wodą - w takiej proporcji, by dało się to z wielką trudnością wymieszać. Masa ma być gęsta - tak, że gdy się ją przechyla, to ona grzecznie czeka na swoim miejscu. Słoik przykryłam gazą i zostawiłam w kuchni - wcale nie w pobliżu źródła ciepła, tylko po prostu na blacie. A zaznaczam, że mam naprawdę dużą kuchnię, ogrzewaną tylko jednym niewielkim grzejnikiem, przy czym na noc sterownik, na prośbę męża, wyłącza go całkowicie. Można powiedzieć - zimny wychów zakwasu :) ale jednak na dwór nie odważyłabym się go wynieść!
Gdy w niedzielę lekkim popołudniem zajrzałam do słoika, oceniłam, że masa zwiększyła swoją objętość mniej więcej czterokrotnie ... no i mogłam nastawić chleb na zakwasie. Oczywiście, po wymieszaniu z mąką i przełożeniu do formy chleb jeszcze musi rosnąć, tym razem w cieple, ale samo hodowanie zakwasu zajęło mi jakieś 26 lub 28 godzin. O pieczeniu takowego już pisałam, więc nie będę się powtarzać - chodzi mi po prostu o to, by uciąć te idiotyczne miejskie legendy dotyczące wielodniowego dokarmiania zakwasu.


Komentarze
Pokaż komentarze (26)