My to jednak mamy we wiosce dobrze. Bo niedaleko od drogi krajowej mieszkamy. W celu udania się do cywilizacji musimy przebyć kilometr-dwa, by móc skorzystać z tak zwanego busa. Często bestie jeżdżą, między 15-tą a 16-tą nawet co 10 minut. To naprawdę wielkie cywilizacyjne szczęście dla liczącej 200 mieszkańców wioski.
Inne, leżące dalej od „krajówki” już takiego szczęścia nie mają. Mimo, że są kilkukrotnie większe, dysponują trzema połączeniami ze światem w dni wolne oraz pięcioma w robocze. To mniej niż u nas przez godzinę. Prywatni przewoźnicy tam nie jeżdżą w ogóle, bo im się nie opłaca. „Państwowy” PKS nie jeździ częściej, bo główne trasy, na których mógłby poprawić sobie wynik, opanowały małe, zwinne, szybkie jak strzała busy. W ten prosty sposób 2/3 miejscowości w mojej gminie doznaje komunikacyjnego wykluczenia przez całą dobę. Zamiast – jak u nas – w godzinach typowych dla kulturalnych czy sportowych wydarzeń. Albo
wypicia piwa (a spróbuj kupić w gminie porterka!) ze znajomymi inaczej niż „za sklepem”.
W możliwość uzupełnienia dalszych, pozazamojskich relacji komunikacją kolejową – przestaję wierzyć. System
będzie drożał, nie oferując w zamian ani lepszych, ani szybszych pociągów. Zresztą już teraz kolejowi przewoźnicy nie wyrabiają. Jedni dlatego, że nie mogą z przyczyn technicznych, czyli brakiem taboru. Drudzy dlatego, że nie mogą z przyczyn politycznych. Nie po to przecież lubelski samorząd przejął PKS Wschód i nakazał bursiarzom powydłużać czasy jazdy na najbardziej obłożonych liniach, żeby ludzi do korzystania z pociągów zachęcać. Jak w jakimś tam lubuskim, gdzie uruchomienie nowych kolejowych połączeń zajęło tydzień.
Coraz poważniej zastanawiam się, czy samorządowym pomysłem na poprawienie sytuacji przejętego PKS’u nie jest doprowadzenie do zwiększenia jednostkowych kosztów lubelskiego oddziału Przewozów Regionalnych. Tak, żeby nawet miłośnicy kolei nie mieli wątpliwości, że sens mają wyłącznie pociągi dowożące i odwożące kolejarzy do i z pracy. Normalny pasażer też się przecież może na nie załapać.
Rząd pochyla się oczywiście nad problemami transportu. Niestety przy pomocy legislacyjnej biegunki. Czyli tak samo jak rządy poprzednie. Ustawa o transporcie kolejowym, od uchwalenia w 2003 roku, nowelizowana była
23 razy. Dla Ustawy o transporcie drogowym z 2001 roku, sejmowa wyszukiwarka zeznaje
28 nowelizacji.
Dająca narzędzia do rozwiązania komunikacyjnych problemów
Ustawa o publicznym transporcie zbiorowym – jest na etapie sejmowej podkomisji. Nawet jeżeli obecna koalicja potrwa wystarczająco długo by ją uchwalić, powstanie przewidzianych w niej planów transportowych zajmie dwa-trzy lata. Może nie być czego zbierać. Również z PKS'u. Jestem dziwnie spokojny, że samorządowe wsparcie skończy się dla niego dokładnie tak samo, jak skończyło się rządowe wsparcie dla Intercity.
I busy będą przeżywać drugą młodość. Urzędnicy nie dopuszczą przecież, by obywatel nie miał się jak przemieścić w celu się przed urzędnikami ukorzenia.
Komentarze
Pokaż komentarze (1)