W piątek wieczorem, w jednym z moich gospodarczych pomieszczeń, został zamknięty koziołek. Półtoraroczny – na moje niewprawne oko – samiec sarny na tyłach zabudowań sąsiada został poturbowany przez psy. I zaczęła się batalia o uratowanie życia zwierzaka. Dzisiaj już wiem (a raczej: jestem przekonany), że niepotrzebna, a na pewno przeprowadzona nie tak jak trzeba.
Dzisiaj już wiem, że zwierzę, które do wsi zbłądziło, było osłabione. Jeszcze za dnia leżało w pobliżu innego siedliska, ale wstało same i gdzieś poszło. Może choroba, może samochód, a może prawa natury, dzięki którym się urodziło i z powodu których musiało umrzeć. W piątek wieczorem tego nie wiedziałem.
Nie wiedziałem również co dalej robić. Ze zwierzęciem udomowionym nie byłoby problemów, ale to było zwierzę dzikie. Dlatego zacząłem dzwonić pod numery, jakie wyszukiwarka skojarzyła z hasłem „schronisko dla dzikich zwierząt”. Mimo, że w piątek wieczorem szybko udało mi się otrzymać najważniejszą w sprawie informację, że od ewentualnych obrażeń o wiele groźniejszy jest dla koziołka stres. Przy czym taki do rana zmniejsza jego szanse praktycznie do zera.
Patrząc na sprawę dzisiaj, najlepsze co dla koziołka w tamtym momencie mogłem zrobić, to ubrać się ciepło, wziąć zwierzę pod pachę i zanieść do lasu. Nie byłoby to niestety najlepsze dla mnie, moich sąsiadów oraz naszych zwierząt domowych i gospodarskich, z czego również nie zdawałem sobie sprawy. Zatem dzwoniłem dalej.
Znalazłem numery do straży leśnej (choć powinienem do łowieckiej, ale wtedy nie wiedziałem, że taka istnieje). Dodzwoniłem się od razu i dowiedziałem, że za sprawę odpowiedzialne jest koło łowieckie z tego terenu, że je ustalą i powiadomią kogo trzeba. Z późniejszych wydarzeń wynika, że zrobili to bez zbędnej zwłoki. Zresztą ani przez moment nie miałem odczucia, że sprawę są skłonni zignorować.
Następnego dnia rano poszedłem sprawdzić, czy koziołek jeszcze żyje. Jego stres to jedno, zawracanie głowy kolejnym ludziom w przedświąteczną sobotę drugie. Żył, ale już się nie bał. Co oznaczało, że dalsze starania będą raczej o skrócenie cierpienia niż uratowanie życia. Ogród zoologiczny, leśnicy, schronisko dla zwierząt. Wszyscy mówią, że sprawa jest koła myśliwskiego. Przy okazji wychodzi, że najbliższa lecznica dla dzikich zwierząt gdzieś pod Warszawą, czyli pół Polski. Ktoś podpowiedział, że można samorząd sprawą zainteresować.
No właśnie, samorząd, mam przecież numer wójta. Szybko, zwięźle, konkretnie, ze zwrotną informacją, że sprawa przekazana gdzie trzeba. I kolejne godziny czekania z irytacją wzmaganą przez psa, który nie rozumiał dlaczego musi siedzieć w domu, dlaczego nie może – jak zwykle – szwendać się po ogrodzie. Koziołek, mimo że zamknięty, czułby drapieżnika. Pies nie wyszedł na tym źle – załapał się na nieplanowany spacer na smyczy, co uwielbia.
Mijały godziny, nic się nie działo. Kilka telefonów, by uzyskać informację, że przekazano, że trzeba czekać. W końcu wieczorem telefon na policję z prośbą o pomoc. I w końcu ruszyło, choć było już jasne, że będziemy skracać cierpienia. Po stosunkowo krótkim czasie zadzwonił zastępca powiatowego lekarza weterynarii informacją, że niebawem ktoś od niego przyjedzie.
Przyjechał i tak skończyła się ta historia.
* * *
Jeżeli jesteś czytelniku poruszony cierpieniem koziołka – to dobrze. Jeżeli na kogoś oburzony, zwłaszcza na myśliwych – źle. Popełniasz ten sam błąd, co ja jeszcze wczoraj.
Otóż ten koziołek miał umrzeć. Jedyną pretensję, jaką można ewentualnie do kogoś mieć, to tylko taką, że nikt mi tego wprost nie powiedział. Ale czy mógł? Skąd mógł mieć pewność, że nie urządzę histerii, nie wyzwę od nieczułych urzędników, czy wręcz morderców? Człowiek przeempatyzowany jest dalej człowiekiem empatycznym.
Jeszcze wczoraj wieczorem myślałem, że trzeba go było zanieść od razu do lasu. Jeżeli przeżyłby – dobrze, jeżeli nie – przynajmniej na wolności, u siebie. Wśród szumu drzew i gwiazd pomiędzy nimi migoczących. Taki romantyzm w ramach odreagowania doby pełnej stresu.
W rzeczywistości jest tak, że jeżeli stadne, dzikie zwierzę podchodzi samotnie do ludzkich siedzib, to znaczy, że najprawdopodobniej jest chore. Może miało kontakt z jakimś samochodem, może miało pecha, a może wściekliznę. Co na wsi, żyjącej w sporej części z hodowli, ma inne znaczenie i konsekwencje niż w mieście.
Cóż zatem? Sieć schronisk o zagęszczeniu umożliwiającym szybkie przetransportowanie tam zwierzęcia? Bez szans. Nie dajemy sobie rady z placówkami podobnego typu dla psów i kotów, z którymi jesteśmy o wiele bardziej związani. Tu mała uwaga: bezdomne zwierzęta widywałem często jak mieszkałem w mieście, od kiedy mieszkam na wsi – widzę tylko, gdy jakieś zostanie po(d)rzucone.
W sprawie koziołka przedwczoraj nie można było właściwie nic konstruktywnego zrobić. Był zamknięty, więc (w przypadku choroby) nie stanowił zagrożenia dla innych zwierząt, a bezpośrednie działania niosłyby zagrożenie dla ludzi.
Jeszcze całkiem niedawno, zwierzę takie jak „mój” koziołek, zostałoby o wiele wcześniej upolowane przez jakieś wilki bądź rysia i nikt o sprawie by nie wiedział. To się nazywa selekcja naturalna. Ona jest była i będzie. W dzisiejszych czasach działa to po prostu inaczej.
I takie mam wnioski z historii koziołka, który nie miał imienia. Tego mnie ten koziołek nauczył.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)