Nie wiem jak jest obecnie, ponieważ od ładnych kilku lat na wsi mieszkam. Nie sądzę jednak, żeby się coś od czasów mojego poprzedniego, korporacyjnego wcielenia w świątecznej materii zmieniło. Chwilę po Wszystkich Świętych rozpoczynał się czas dżingle-beli. Najpierw nieśmiało, na sklepowych wystawach, w drugiej kolejności w telewizyjnych reklamach, a później już wszędzie. Taka współczesna magia świąt…
W tamtych czasach moją odskocznią od codziennej pracy było radio. Nic wielkiego – popołudniowe, niedzielne pasmo w lokalnej rozgłośni. W sumie o niczym, ale z dobrą, starą muzyką. Zdarzyło się też kilka zastępstw. W tym w jeden ze świątecznych dni. Chyba nawet pierwszy. Wtedy zgodziłem się pod jednym warunkiem: nie będę musiał puszczać kolęd.
Jednak dwie puściłem. Na przywitanie kolędę metalową (są takie!), której tytułu ani wykonawcy nie wspomnę. Natomiast na pożegnanie –
Bardzo smutną kolędę Magdy Umer.
Polecam, zapraszam do wsłuchania się w słowa, zwłaszcza w czasie przedświątecznego kołowrotu.
Komentarze
Pokaż komentarze