31 sierpnia 2009 roku to pamiętna data dla wszystkich, którym kolej na Zamojszczyźnie nie jest obca. Tego dnia, w Bełżcu, pożegnano ostatni pociąg osobowy z Zamościa do Wrocławia. Było to zarazem symboliczne pożegnanie ruchu pasażerskiego po szlakach kolejowych od Rejowca Fabrycznego po Horyniec Zdrój, Stalową Wolę czy Hrubieszów. Następnego dnia, czyli 1 września 2009 roku, na szlaki Roztocza nie wyjechał już ani jeden pociąg pasażerski. Można powiedzieć, że tym samym zakończyła się 122 letnia historia przewozów pasażerskich na Zamojszczyźnie.
I choć dziwnym przypadkiem, tuz przed wyborami samorządowymi, gruchnęła informacja, że 1 marca 2011 roku z Zamościa ma wyjeżdżać pociąg do Wrocławia, to trudno tę informacje rozumieć w kategorii przypadku, biorąc pod uwagę kampanią wyborczą. Oto na wieść, że szlakiem dawnego „Hetmana” (nazwa pociągu z Zamościa do Wrocławia, kursującego do 2009 roku – przyp. red.) miałby z Zamościa odjeżdżać pociąg do Wrocławia, pojawił się szpaler ojców tego niby sukcesu. Każdy chciał na siłę przekonać wyborców, że oto on jest sprawcą tego, że kolej postanowiła, iż na Zamojszczyznę pociągi powrócą. Zamojska „Solidarność” kolejarska zwołała nawet specjalną konferencję prasową, na której ogłosiła, że... dziękuje wszystkim, którzy zaciekle walczą o kolej na naszym terenie i zachęciła, by w wyborach samorządowych wyborcy oddawali głos na jednego z kandydatów ubiegającego się o fotel prezydenta Zamościa. Nie jest jednak tajemnicą, że o oszczędnościach na połączeniach międzynarodowych wiedziano już w sierpniu 2009, czyli jeszcze przed wykonaniem wyroku na „naszych” połączeniach. I wystarczyła dobra wola, by oszczędności te przesunąć na utrzymanie połączeń kolejowych również na Zamojszczyźnie.
Kiedy likwidowano pociągi na Zamojszczyźnie, wmawiano, że tak musi być, że małe natężenie pasażerów i że biznes ten w ogóle się nie opłaca. I w sumie trochę w tym racji, ale nie mówi się o tym, że ktoś odpowiedzialny za układanie rozkładów jazdy, nie robił tego bynajmniej na trzeźwo. Analizując pomysły kolejarzy w kwestii godzin odjazdów i przyjazdów pociągów, można było dojść do zaskakujących wniosków, że kolej zatrudnia ludzi niedouczonych, którym logiczne myślenie przychodzi z trudem. Lub też mówiono, że na kolei działa szerokie lobby przewoźników busowo – autobusowych, którzy płacili kilku osobom na kolei, a ci mieli za zadanie „położyć” na łopatki kursy kolejowe w kilku miejscach w Polsce, w tym na Zamojszczyźnie.
Ale analizując też obecne wydarzenia na kolei z grudniową zmianą rozkładu jazdy, można chyba bardziej przyjąć pierwszą z tez, która zakłada, że rozkłady jazdy ustalane są w sposób bezmyślny. Bo oto podróżni dowiadują się, że na przykład pociąg ze stacji X odjeżdża z peronu 6, ale problem polega na tym, że na tej stacji są tylko trzy perony. Oczywiście winnych tego megabałaganu na kolei nie ma i stanowiska nie stracił nawet minister Grabarczyk.
Analizując jednak likwidację kolei na Zamojszczyźnie, można dojść do wniosku, że tak naprawdę podróżni z Zamojszczyzny częściej jeździli koleją na Śląsk, niż do Lublina czy Warszawy. I pociągi jadące do Gliwic, Zakopanego czy Wrocławia, miały większe obłożenie pasażerami, niż te kursujące w kierunku stolicy. I Zamojszczyzna nadal miałaby połączenia ze Śląskiem, gdyby nie fakt, że kilka kilometrów za Bełżcem przebiega granica województw lubelskiego i podkarpackiego. I logiczne jest, że ani lubelskiemu, ani podkarpackiemu oddziałowi spółki obsługującej samorządy nie kalkuluje się uruchamiać połączeń kolejowych na liniach, które przekraczają granice obu województw. Nie było też pieniędzy na uruchamianie połączeń dalekobieżnych.
Dodatkowo szlaki kolejowe na Zamojszczyźnie nie zostały zelektryfikowane i to pozostawia nas niestety daleko w tyle. Natężenie ruchu kolejowego, nawet w dobrych dla kolei czasach, nie uzasadniało elektryfikacji takich inwestycji. Z taborem nie lepiej. Powszechne za południową granicą lekkie szynobusy, po polskich torach jeżdżą w innych niż śladowe ilościach od bardzo niedawna. Władze województwa lubelskiego inwestują co prawda w taki tabor, ale po raz kolejny nie pojawił się on w Zamościu. Rzekomo z powodu planów przewoźnika nadzorowanego przez ministerstwo. Tyle, że ono informowało o połączeniach z Krakowem i Wrocławiem, a nie Lublinem i Warszawą.
Powolna śmierć kolei w Polsce, to nie tylko wynik podejścia polityków. O ile państwo wspierało takie dziedziny jak górnictwo, hutnictwo, przemysł chemiczny i te poradziły sobie w czasach systemowej i gospodarczej transformacji, to kolej zostawiona sama sobie, nie daje z tym rady.
W takich sytuacjach mówi się zazwyczaj, że winni są politycy. Ale czy tylko? Oni sami przecież na to nie wpadli. Program restrukturyzacji kolei wypracowany był wspólnie z osobami, które koleją zarządzały. Winą polityków był brak należytego, jakiegokolwiek wręcz w kilku pierwszych latach po wprowadzeniu nowych prawnych regulacji mających naprawić kolej, finansowania deficytowych przewozów lokalnych.
Pieniądze, i to niemałe, w końcu się znalazły. Trudno jednak z naszego, roztoczańskiego punktu widzenia uznać, że te kilka miliardów złotych rocznie poprawiło sytuację. Z naszego punktu widzenia problemy kolei zostały zlikwidowane. Niestety razem z koleją.
Czy pociągi po Zamojszczyźnie jeździć będą? O tym niebawem.
Wojciech Stepaniuk
Tekst ukazał się w pierwszym tegorocznym numerze Tygodnika Tomaszowskiego. Zapowiedziana kontynuacja ukaże się w numerze najbliższym.



Komentarze
Pokaż komentarze