Wzruszyłem się obrazkami Ewy Lewickiej. Zwłaszcza pierwszym. Ma on oto uzasadnić tezę, że tak zwane fundusze emerytalne celowo i świadomie zarządzają aktywami nabywanymi za pieniądze ściągane od normalnie pracujących ludzi.
Obrazek faktycznie może robić wrażenie. Ale tylko dlatego, że wyskalowany jest w procentach. Przedstawienie składu portfeli funduszy w złotówkach już tak ciekawie by nie wyglądało. Dlaczego? Ano dlatego, że górka udziału w akcji (38,5%) przypada na szczyt giełdowej koniunktury (WIG sporo powyżej 50 tys.). Natomiast dołek ich udziału (21,6%) to dokładnie największy dołek na warszawskiej giełdzie (WIG poniżej 30 tys.). Jeżeli ktoś nie wierzy – może sobie sprawdzić.
Na obrazku pani Ewy wszystko ładnie wygląda tylko i wyłącznie dlatego, że wykresik wyskalowano w procentach. Dzięki czemu nie widać, że tak naprawdę nominalny udział obligacji utrzymywał się na stałym poziomie (z dokładnością do zwiększenia wynikającego z napływania nowych środków), a wartość akcji leciała na łeb na szyję.
Wykresik wyskalowany w wartościach bezwzględnych pokazywałby co się realnie działo ze zgromadzonymi w funduszach środkami, ale już nie potwierdzałby już tezy o celowym i świadomym zarządzaniu portfelami inwestycyjnymi. Mógłby pokazać coś wręcz przeciwnego – niemrawość finansowych molochów, które przespały powrót giełdowej koniunktury.
W ten oto sposób, przy pomocy jednego obrazka, Ewa Lewicka oraz cały reprezentowany przez nią instytucjonalny interes przestał być dla mnie wiarygodny. Ot, urok obrazkowej cywilizacji.



Komentarze
Pokaż komentarze (8)