Trzy kartony mleka, kilo sera białego, ćwierć kilo żółtego, 40 dkg pasztetu, dwie wędzone makrele, średnie opakowanie śledzi w czymś tam, 150 g rozpuszczalnej Neski, pudełko mięty, dwie duże puszki paszy dla kota. Wyszło osiem dych. No to kupiłem jeszcze pół litra, żeby móc o rachunku na spokojnie pomyśleć.
Problem w tym, że jeszcze rok temu, za stówkę byłoby 0,7 a nie 0,5 oraz – dodatkowo – kasza, ryż, mąka, cukier, majonez, smarowidło do chleba i kilka czekolad. Generalnie dwie pełne groszkowe siaty dóbr wszelakich. Tymczasem dzisiejszymi zakupami nie zapełniłem nawet jednej.
Przez kilka ostatnich lat nie przejmowałem się szczególnie świątecznymi, spożywczymi zakupami. Mięso zamawiało się u pracującego w rzeźni sąsiada zza płota wschodniego. Wędliny, prosto z przydomowej wędzarenki, u sąsiada zza płota zachodniego. Na rzeczy, po które trzeba było udawać się do sklepu – wystarczały dwie, góra trzy, stówki.
Nie zastanawiałem się przez ostatnie lata, czy stać mnie na to, co chciałbym widzieć na swoim świątecznym stole. Po dzisiejszej wizycie w gieesie (jak pieszczotliwie nazywam gminnego Groszka) wychodzi mi, że w tym roku będę się musiał zastanowić.



Komentarze
Pokaż komentarze (6)