Oj, sporo się w ciągu minionego tygodnia przemieszczałem. Z okolic granicy ukraińskiej w okolice granicy niemieckiej (oraz w drugą stronę). W miejscu docelowym również co nieco. Strach się bać, jakbym wszystko miał zrealizować przy pomocy tak zwanej komunikacji publicznej.
Te części, które musiałem nią pokonać – nieźle dały mi popalić. Pierwotny plan był taki, żeby hardkorowo, dwa dni po odebraniu prawa jazdy, udać się do Rzeszowa, zostawić tam samochód u znajomych, przebić się pociągiem do Krakowa, przespać się i rano, już z docelową ekipą, pomykać samochodem dalej.
Pierwsza weryfikacja planu nastąpiła z powodu samochodowego warśtatu, który zamiast na sobotę samochód zrobić – w sobotę samochód zabrał. Druga korekta wymuszona została dostępnością publicznego transportu w – podobno – atrakcyjnej turystycznie części Polski.
Bez wdawania się w szczegóły: olejcie Międzyzdroje. Przejedźcie się busem z Zamościa do Rzeszowa. Równie ciepło, równie gwarnie, równie tłoczno…
Z Rzeszowa poszło w miarę z górki. Choć nie wiem, czy brak uszczelek w drzwiach TLK-i wynikał z nieodległej rewizji, czy z potrzeby odprowadzania papierosowego dymu z przedsionków. Nie wnikam. Grunt, że w drodze powrotnej, po tekście na peronie (w jakieś tam Bochni, czy innym Brzesku), iż mimo wszystko wolę natrzodzić Szafrańskiemu niż Kuczewskiej – zostałem zaproszony na cywilizowane wypalenie papierosa w przedziale służbowym.
No i pogadalim, jak bezzniżkowiec z kolejarzami. Bardzo zdziwieni byli, jak im pokazałem za ile (oraz jakich) etatów płacą marszałkowie. Nie mogli zrozumieć dlaczego marszałek śląski zmuszany jest do opłacania 500 etatów maszynistów, pomimo tego, że z palcem w życi (to po śląskiemu) teoretycznie powinno wystarczyć 250.
Praktycznie (choć dalej oczywiste było, że to i tak za dużo) 350. Za tylu, za ilu płacił w ubiegłym roku samorząd wielkopolski. A też na 9 – z małym hakiem – milionów kilometrów przejechanych przez pociągi został naciągnięty. Co interesujące, liczba etatów w ramach drużyn konduktorskich była w obu oddziałach porównywalna…
Nieważne. Grunt, że dotarli Polokoktowcy do Rzeszowa w miłej, pozwalającej na prawie-legalne zaciągnięcie się dymkiem, atmosferze. Nawet pani-baba, która miała dyżur w rzeszowskim, dworcowym wucecie, była milsza niż ta, gdy jechałem w przeciwną stronę.
Niestety urok prysł. I to kilka pod rząd razy.
Po pierwsze: ochroniarz, który przypierzył się bez sensu do grupki młodych ludzi przed dworcem (Jacku Prześlugo: krytycznie ważne wydaje się być monitorowanie poczynań cieciów grasujących nocami po dworcach; nawet/zwłaszcza jeżeli mają plakietkę „Impel”). Po drugie: gbur konduktor w różowej(!!!) koszuli w pierwszym Regio z Rzeszowa do Przemyśla. Po trzecie: rozstaw siedzeń w szynobusie z Jarosławia do Horyńca. Węższy niż te z busa Zamość – Rzeszów.
Po czwarte – najbardziej dla mnie istotne – utknąłem 60 kilometrów od domu. Z jednym nieprzyjechanym busem. Z kolejnym (nawiasem mówiąc spóźnionym), jadącym ledwie 20 km dalej.
Do domu jakoś w końcu dojechałem. Nie ukrywam, że po raz ostatni nie-samochodem…



Komentarze
Pokaż komentarze (1)