Kiedy przed rokiem Bronisław Komorowski przekraczał próg Pałacu Prezydenckiego, oczekiwania wobec niego nie były wygórowane.
Wszak większości z tych, którzy na niego zagłosowali chodziło głównie o to, by głową państwa nie został Jarosław Kaczyński.
Rychło jednak okazało się, że nowy prezydent zlekceważył minimalistyczne nadzieje swoich wyborców. Postawił na ucieczkę do przodu.
Bo owszem, ówczesne zadanie nr 1 wykonał doskonale. A było nim przywrócenie urzędowi ponadpartyjnego wymiaru. Komorowski konsekwentnie próbował praktykować obśmiewaną przez niektórych ideę „prezydenta wszystkich Polaków”.
A nie było – i nie jest – to łatwe, zważywszy na nader obraźliwe słowa i gesty PiS-owskiej opozycji (patrz tekst Jerzego Skoczylasa „>>Ten pan z wąsami<<, czyli jak bardzo Jarosław Kaczyński urząd prezydenta szanuje”). Komorowski jednak nie dał się sprowokować i nie przyjął stylu i poziomu swych przeciwników. Kolejne zaczepki traktuje tyleż z zasadnym dla powagi pełnionej funkcji dystansem, co z dobroduszną pobłażliwością. Więcej: nawet wobec najbardziej nieprzejednanej opozycji systematycznie ponawia zaproszenie do rozmowy o ważnych dla kraju sprawach.
Równocześnie kilka już razy dowiódł, że umie wznieść się także ponad stricte partyjne interesy czy polityczne taktyki swojego macierzystego ugrupowania i chce być prezydentem Rzeczpospolitej, a nie prezydentem z Platformy Obywatelskiej.
Co więcej jednak: Bronisław Komorowski szybko wykroczył poza tak nakreśloną mu rolę. Nie tylko zaczął tonować afronty i naprawiać szkody wobec instytucji państwa poczynione przez poprzednika (choćby w stosunku do Trybunału Konstytucyjnego). Wystąpił też z rozmaitymi inicjatywami w kluczowych dla przyszłości kraju kwestiach (przykładem choćby sprawa przyszłości systemu emerytalnego), przekształcając Pałac Prezydencki a to w siedzibę eksperckiego think tanku na najwyższym merytorycznym poziomie, a to w forum dialogu dla przedstawicieli rozmaitych społecznych interesów.
Wielkim atutem pierwszego roku urzędowania Bronisława Komorowskiego okazała się wreszcie Pierwsza Dama ze swoim ciepłym spokojem, ale też inicjatywą i społecznikowską energią. Skądinąd wyjaśnienie prawidłowości, jak to się dzieje, że żony kolejnych polskich prezydentów są rodzimymi skarbami, staje się niemal narodowym pytaniem.
Co też ważne: nieco sarmacki w formie, a umiarkowanie tylko konserwatywny w treści styl tej prezydentury zdaje się podobać większości rodaków. Co także warte jest zastanowienia.
Krzysztof Burnetko



Komentarze
Pokaż komentarze (3)