Przyznam się: pięć lat temu mocno kibicowałem "pomarańczowej rewolucji" i Juszczence. W przeciągu tych pięciu lat obserwując kierunek w jakim podążyła Ukraina i jej elity wzrastał mój zawód. Chaos polityczny, wszechobecna korupcja, a zwłaszcza wyczyny lwowskiej administracji lokalnej (chociażby w kwestii cmentarza Orląt) coraz wyraźniej uświadamiały mi jaką fikcją stały się deklaracje "pomarańczowych".
Wyniki Juszczenki w I turze wyborów prezydenckich ostatecznie potwierdzają klęskę nadziei żywionych przed 5 laty. Żywionych także przez piszącego te słowa. Nadziei, które umacniało się wspaniałomyślnością postawy, naśladującej postawę biskupów polskich z 1965 r., w kontekście historii zbrodni wołyńskiej. A także nadziei, że jest możliwa Ukraina, niczym Łotwa, geopolitycznie niezależna od Rosji i jednocześnie mogąca budować jakąś alternatywę w zakresie bezpieczeństwa energetycznego.
Największy przegrany wyborów z 17 stycznia postanowił jednak dodać ostatni akord swej politycznej karierze... Odznaczenie Bandery niewątpliwie jest akordem dźwięcznym, niestety jednak jego symboliczna wymowa i znaczenie w perspektywie naszych relacji z Ukraińcamipo wielekroć większe niż sromotna porażka jego autora w wyborach sprzed kilku dni.
A swoją drogą, gdyby prezydent RFN, przez lata cieszący się poparciem elit politycznych Izraela, po klęsce w wyborach (załóżmy, że wybierany byłby w wyborach powszechnych) odznaczył najwyższą klasą Orderu Zasługi RFN dajmy na to Hitlera, to: czy fakt, że polityk ten schodzi ze sceny przegrany, miałby jakiekolwiek znaczenie?



Komentarze
Pokaż komentarze (2)