Czytając komentarze do wywiadu udzielonego po długim okresie autocenzury (na czas kampanii wyborczej) przez byłego premiera nie dziwią mnie reakcje polityków, będących jego konkurentami z rządzącego obozu. Niezależnie od faktów w tym "zawodzie" obowiązuje praktyka, którą streszcza hasło: kłamstwo wielokrotnie powtórzone staje się prawdą. Dopóki wyborcy będą swymi głosami takich polityków premiować dopóty hasło to będzie opisywać istotną część rzeczywistości społeczno-politycznej. Nie oczekuję więc od polityków umiejętności wyjścia "ponad" ten w praktyce obowiązujący standard (notabene wdrożenie nowych "wysokich standardów" obiecywał przed trzema laty obecny szef rządu... i obietnicę spełnił: sami możemy zobaczyć jak te standardy wyglądają).
Jednak narodziło się we mnie jedno pytanie: o co chodzi dziennikarzom?
Czytając szereg publikacji utwierdzam się w przekonaniu, że wyjaśnienie okoliczności wydarzeń z 10 kwietnia nie jest niczym wartym zaangażowania dziennikarskiego warsztatu. Łatwiej pozostać na poziomie publicysty demaskującego intencje tego czy innego polityka niż schylić się do ustalania faktów. Łatwiej zostać kolejnym interpretatorem wygłaszanych uprzednio interpretacji niż zdobyć się na odwagę zadawania pytań. Bo zadawanie pytań, zwłaszcza tych wynikających z dążenia do prawdy wymaga odwagi. Znaczna część mediów w kwestii wydarzeń z 10 kwietnia posiada opinię nie podlegającą rewizji i konfrontacji z faktami, ale za to podlegającą obowiązkowej dystrybucji wszelkimi możliwymi kanałami. Słowem: dogmat.
Mam świadomość, że w środowisku dziennikarskim pytania o prawdziwy przebieg wydarzeń, o każdy istotny szczegół mogący przybliżyć do prawdy o tym bezprecedensowym w naszej historii wydarzeniu, żyją. W przypadku części dziennikarzy nie mają jednak siły przebić się przez "kompleks uwarunkowań subiektywno-obiektywnych"... Czasem zwycięża dziwna, jak dla mnie, poprawność polityczna... Czasem "linia pisma"... Czasem autorytet naczelnego, wydawcy, przyjacół wydawcy lub innych bardzo ważnych postaci... Zwycieżają często w towarzystwie świadomości posiadania pracy i zarabiania pieniędzy potrzebnych rodzinie, na spłatę kredytów etc. U niektórych jednak nie muszą z niczym walczyć o zwycięstwo: gdy żyje się przekonaniem, że jest się mądrzejszym od "oszołomów", a misją mediów nie jest docieranie do prawdy i jej ujawnianie, lecz propagowanie wyznawanego światopoglądu (ideologii) ! Ci ostatni nie są już dziennikarzami. Są kapłanami. Ich media nie są środkami rozwoju demokratycznego społeczeństwa. Są ambonami/trybunami. Tylko warto zapytać: czyimi? Bo z całą pewnością nie jest to "kapłaństwo" w służbie Prawdy.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)