W pewnym mieście na pewnym uniwersytecie pewna pani profesor pozwoliła sobie na przedłużenie zajęć. W tym czasie pod salą stali studenci wraz z pewną panią doktor oczekując na inny wykład. Pani doktor w końcu nie wytrzymała i zajrzała do sali, a następnie gdy pani profesor zakończyła zajęcia, doszło do nieprzyjemnej wymiany zdań pomiędzy paniami w obecności studentów. Pani profesor w swojej wypowiedzi użyła określenia - "Ty Żydówo". O fakcie tym studenci donieśli rektorowi uczelni. Takie informacje ukazały się w lokalnych czasopismach potępiając niegrzeczne zachowanie pani profesor, ze szczególnym skierowaniem uwagi na użyte określenie. Sprawa była poruszana w gazetach także przez kolejne dni, pomimo, że tak naprawdę postępowanie dyscyplinarne na uczelni byłoby w zupełności wystarczające. Mało tego, nawet prokuratura uznała za stosowne poświęcić swój cenny czas na przyjrzenie się całemu zajściu pomimo braku formalnego wniosku.
Czytając codziennie o tym zajściu przyszło mi do głowy wiele myśli, spostrzeżeń, wniosków.
1. Czy określenie Żydówa powinno być uznane za przestępstwo, jeżeli osoba do której skierowane zostało takie słowo jest Żydówką? Faktycznie nie jest to grzeczna forma, ale nic poza tym. A już tym bardziej byłoby bez znaczenia, gdyby dana osoba miała inne pochodzenie. Czy gdyby ktoś w kłótni powiedział - "Ty polaczku" sprawa by również nabrała takiego rozgłosu?
2. Czy kłótnia pań przy studentach nie dowodzi braku kultury obu pań?
3. Czy takie zachowanie nie jest powodem do upomnienia, nagany, sądu dyscyplinarnego, zamiast robienia z tego wielkiej afery i rozstrząsania przez kilka dni w gazetach?
4. Czy prokuratura, która nie znalazła żadnych przesłanek kwalifikujących jako wykroczenie, a nawet przestępstwo wulgarne, obraźliwe określenia stosowane wobec śp. Prezydenta, czy też Jego tylko jako człowieka, natomiast poczuła się zobowiązana do zajmowania z urzędu powyżej opisanym zajściem nie zachowuje się nadgorliwie?
5. Po co w naszym państwie policja, skoro mamy studentów tak chętnie donoszących na swoich nielubianych wykładowców? Kłótnia była pomiędzy dwiema dorosłymi wykształconymi paniami, koleżankami z pracy, które powinny same sobie doskonale poradzić z rozstrzygnięciem, w ten czy inny sposób tej sprawy, a tymczasem to donos poruszył całą tę machinę. Czyżby Paweł Morozow obudził się w studentach?
Pewna pani minister zajmująca się niezbyt wdzięczną dziedziną w czasie jednej z rozmów ujawniła orientację seksualną swojego adwersarza. Podniosło się wielkie larum i domagano się dymisji pani minister.
Moje pytanie - dlaczego? Skoro homoseksualiści walczą o jakieś specjalne prawa dla siebie, skoro pragną usankcjonować swoje związki, to dlaczego wstydzą się jawnie powiedzieć jaka jest ich orientacja? Ilu heteroseksualnych obraziłoby się, czułoby, że zostały naruszone ich prawa gdyby ktoś publicznie powiedział, że żyją w związkach heteroseksualnych? Żaden. Skąd zatem to oburzenie? Bo pani minister użyła orientacji jako argumentu?
I tak sobie myślę - większość nie zawsze ma rację, ale nie może tak być, że to mniejszość decyduje co wolno, a czego nie wolno. Nie może tak być, że wolno w RP opluwać polskiego Prezydenta, a nie wolno powiedzieć Żydowi, że jest Żydem, Niemcowi, że Niemcem, nawet jak mówione jest to w formie obraźliwej. Nie może tak być, że nie wolno powiedzieć w trakcie dyskusji - mówisz tak, czy też nie jesteś obiektywny, bo jesteś heteroseksualny, czy też homoseksualny, gdyż zostanie się od razu posądzonym o dyskryminację. Nie może mniejszość decydować o tym, co wolno większości, co jest zgodne z normą, obyczajami, itd. Jeżeli czegoś się domagam, to jednocześnie nie mogę się tego wypierać, czy wstydzić, bądź bać się upublicznienia. Ba, nawet muszę się z tym liczyć, że właśnie tak będzie.
Być nowoczesnym nie znaczy wypierać się własnych tradycji, zasad, moralności, aby tylko przypodobać się innym, bo jakaś część polityków, artystów, czy innych znanych osób popiera tych czy tamtych, gdyż sami są tacy, czy inni. Nie wszystko to, co gdzieś zostało zaaprobowane musi oznaczać, że jest właściwe. Przykładem jest chociażby przyjęcie bezstresowego wychowywania dzieci, które w żadnym państwie się nie sprawdziło.
Należy odróżnić szacunek do każdego człowieka od aprobaty jego stylu życia. Tolerancja nie oznacza przyjmowania wszystkiego co modne, czy też przyjęte w innej części świata, ale umiejętność życia bez względu na nasze poglądy, wygląd, narodowość, itd.
Należy też stosować formy kary całkowicie adekwatne do przewinienia i nie doszukiwać się afery, tam gdzie jest tylko przejaw braku właściwego zachowania w miejscu pracy. Należy tak samo umieć sprzeciwić się, gdy ktoś Polaka nazwie polaczkiem, jak i stanąć w obronie poniżania kogoś innej narodowości. Należy w doszukiwaniu się dyskryminacji zachować umiar i rozsądek, bo dojdziemy do absurdu i okaże się pewnego dnia, że powiedzenie - widziałem Ciebie wczoraj z żoną na spacerze - jest upublicznieniem naszej orientacji seksualnej, za co należy kogoś skazać na coś tam.
Dlaczego staramy się tak bardzo być we wszystkim poprawni? Czy ciągle musimy upodabniać się do innych, aby świat nas zaakceptował? A kto powiedział, że to świat we wszystkim ma rację? Może należy wybierać tylko to co najlepsze i uczyć się na cudzych błędach, absurdach, itd.? Dlaczego tak bardzo dbamy o to, aby nikt nie był przez nas poniżany, a sami dajemy się poniżać i w dodatku często jeszcze przyklaskujemy takiemu traktowaniu? Rozsądek w przyjmowaniu nowych obyczajów i szacunek do człowieka, to podstawa. Wg mnie oczywiście :).


Komentarze
Pokaż komentarze (5)