BeataP BeataP
367
BLOG

Nowoczesna rekrutacja.

BeataP BeataP Rozmaitości Obserwuj notkę 2

Jak wiele lat temu szukałam pracy, to skierowałam swoje kroki do wybranej firmy do kadr, zapytałam o wolne etaty, uzyskałam odpowiedź, przemyślałam w domu sprawę i złożyłam życiorys (to obecne CV). Miałam za kilka dni przyjść i dowiedzieć się co i jak. Zatem przyszłam. W kadrach powiedziano mi do kogo mam się zgłosić na rozmowę i jak zostanę zaakceptowana, to mam wrócić podpisać dokumenty i rzetelnie pracować. Zatem poszłam do kierownika działu, ten mi przedstawił czym się zajmują, powiedział, że nie mam się co martwić brakiem doświadczenia, bo je nabędę, wręczył kilka plików przepisów różnych i zapytał - to co, od jutra pani zaczyna na okres próbny? Ja - oczywiście. I tak podjęłam moją pierwszą pracę, której uczyłam się od podstaw. Po roku odbyłam pierwszy egzamin i zostałam kimś tam mianowanym. I nadal pracowałam przez kilka dobrych lat. Kolejna moja praca była z ogłoszenia. Zadzwoniłam, pani sekretarka/kadrowa umówiła mnie na spotkanie z szefem. Przyszłam porozmawialiśmy, ustaliliśmy wynagrodzenie i jeszcze tego samego dnia rozpoczęłam pracę.

Tak jak ja zaczynało wielu. I ci z zawodowym wykształceniem, i ci ze średnim wykształceniem bez zawodu, i ci po technikach, a także osoby po studiach. Praca weryfikowała ich wiedzę, a przede wszystkim chęć nauczenia się danej pracy. Przyznam, że rzadko kto nie miał przedłużanej umowy.

Dzisiaj wygląda to zupełnie inaczej. Już z treści samego ogłoszenia wynika, że kandydat powinien dużo umieć, a najlepiej, żeby od razu miał ze 2 fakultety i znał przynajmniej biegle jeden język obcy, chociaż w Polsce ciągle językiem urzędowym jest język polski, a te fakultety nie za bardzo da się do czegoś wykorzystać. Ludzie wysyłają CV i to co jest idiotyzmem obecnych czasów - LIST MOTYWACYJNY. Następnie jak mają to niebywałe szczęście, to jakimś niezrozumiałym cudem (te zawsze są niewytłumaczalne) zostają wzywani na tzw. rozmowy rekrutacyjne. Na ogół ta rekrutująca osoba ma mniej lat od rekrutowanej i często jest to jej pierwsza praca, ale wymądrza się jakby rozumy pozjadała. Pominę już, czy wolno zgodnie chociażby z ustawą o ochronie danych osbowych przeprowadzać jej testy psychologiczne, to nie tylko je przeprowadza, ale też je interpretuje. W trakcie rozmowy stara się być doskonałym znawcą mimiki ludzkiej i chociaż czasami nie rozumie zadając pytanie, co się jej odpowiada, wie, że nie nadajesz się na dane stanowisko. Nie wspomnę już o pytaniu - a ile to pani chce zarabiać, bo u nas nie ma zbyt wielkich zarobków? Po takim pytaniu przychodzi człowiekowi do głowy, że chyba szukają kogoś, kto zrzeknie się wynagrodzenia tak w 4 oczy, bo oficjalnie to kodeks pracy na to nie pozwala. Po tym wszystkim pada - skontaktujemy się. I ... następuje cisza w eterze.

Oczywiście pominęłam to wszystko co człowieka w wielu firmach dyskwalifikuje, nawet jak nie ma ku temu żadnych przeszkód zdrowotnych, czyli wiek kandydata, albo ..... wygląd zewnętrzny. Nie mówię oczywiście o braku higieny osobistej, a raczej jej bliżej nie ustalonym poziomie, ale ogólnie. Ja rozumiem, że są zawody, gdzie uroda, czy wiek mają znaczenie - np. modelka, ale nie przesadzajmy. Tak samo z tym założeniem, że jak ktoś ma powyżej 35 lat, a nie daj B. powyżej 40, to już ma tak wyjawiony mózg, iż niczego nowego nawet młotkiem wbić się tam nie da. A przecież patrząc na wszelkiego rodzaju uczelnie, to iluż tam można spotkać właśnie ludzi w średnim wieku. To oni najczęściej ciągle się dokształcają, przekwalifikowują, a .... i tak nikt ich nie chce. No może na 3 zmianę w magazynie, albo do rozkładania towarów w marketach, ale i tu często wolą studentów z przyczyn różnych.

A nie prościej byłoby po prostu zatrudnić kogoś na okres próbny i przekonać się, czy wiek, wygląd jest przeszkodą? Może byłoby to znacznie lepsze, niż zatrudnianie rekruterów, którzy często nie umieją nawet sklecić ogłoszenia. Bo ileż śmiechu ma prawnik czytając w ogłoszeniu, że poszukają specjalisty ds kadr znającego przepisy personalne. Biorąc pod uwagę obecny poziom edukacji może jednak ci nieco starsi nie są tacy źli? Tak samo dlaczego nie można przyjąć do pracy młodego człowieka bez doświadczenia zawodowego, skoro on naprawdę chce podjąć zatrudnienie? Jeżeli się nie sprawdzi, to odejdzie. Czy to takie ryzyko dla pracodawcy, który i tak zmienia pracowników jak rękawiczki, bo boi się mieć kogoś na stałe, a poza tym im mniejszy staż, tym łatwiej mieć spokój z domaganiem się podwyżek?

Świat absurdu. A przecież starsi powinni uczyć młodszych. Powinni ich wprowadzać do firmy, przekazywać swoje spostrzeżenia, dzielić się doświadczeniem bez obawy, że ten młody jak tylko będzie wiedział, gdzie jest socjalny, toaleta i gabinet szefa pobiegnie zdawać relacje, aby zająć jego miejsce. I to tak je zda, że szef od razu zapomni, iż pan Kazio pracuje u niego, dla niego od 15 lat i nie było w stosunku do niego nigdy większych zastrzeżeń.  A przecież dobra kadra, to kadra zróżnicowana wiekiem i doświadczeniem, bo wiedzę, zawsze można zdobyć, czy poszerzyć. Ale jak na razie, to w ogłoszeniach czytamy - praca w młodym zespole, doświadczenie min. 2 lata na podobnym stanowisku.

Pominęłam w tym wszystkim rekrutację do urzędów, bo szkoda czasu. Dlatego napiszę tylko - ryba psuje się od głowy.

I co ma dzisiaj robić pani ciut po 40 t-ce, czy pan po 50-tce pomimo tych swoich dokształceń, doświadczenia zawodowego, jak wg nowoczesnego pracodawcy nadają się jedynie do sprzątania toalety, czy wykładania towaru. Jednak i to nie zawsze, jeżeli przynajmniej w sposób komunikatywny nie znają j.ang. Jak młodzi mają zdobyć doświadczenie, skoro najpierw stworzono im możliwość studiowania na nikomu nie potrzebnych kierunkach, a potem dano do zrozumienia, że nic nie umieją?

BeataP
O mnie BeataP

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Rozmaitości