Przy okazji Traktatu Lizbońskiego przetacza się kolejna dyskusja o suwerenności. Mówi się o partiach zagranicy, o zdradach, o wylanej krwi, o grobach dziadów, którymi usłana jest nasza polska ziemia, o srebrnikach, Targowicach, o Judaszach, którym tylko „świt zimowy i gałąź zgięta”. Mówi się o lojalności i o „wartościach wyższych”, których rzekomo pozbawieni są członkowie partii zagranicy, Judasze i targowiczanie.
Nie jest moim zamiarem mierzenie się z Ttraktatem. Niech robią to ci, którzy się lepiej na zagadnieniu znają. Niech będzie to kilka słów o suwerenności, Rejtanach, ojczyźnie i narodzie.
Bronisław Malinowski na początku XX wieku pisał o tym, że rozwój następuje przez dyfuzję kultury. Kultury dyfundują, przenikają się, zapożyczają od siebie różne elementy. Oceniał wtedy, że kultura narodu jest tworzona przez „siebie samą”, przez naród, który uważa się za jej spadkobiercę, jedynie w 10 procentach. Reszta jest zapożyczeniem przemielonym przez koła zębate lokalnej specyfiki. Język, religia, obyczaje, przedmioty, architektura, malarstwo. Wszystko wg Malinowskiego było wielkim zbiorem naczyń połączonych.
W latach 70 przeprowadzano eksperymenty bazujące na sieciowej koncepcji społeczeństwa. Dowiedziono wtedy, że aby skontaktować się z dowolną osobą na kuli ziemskiej wystarczy 6 podań ręki. Podobny eksperyment mogą przeprowadzić osoby, które są uczestnikami społeczności internetowych takich jak grono.net. Jeśli ma się przynajmniej 20 znajomych, gwarantuje, że nie uda się Wam znaleźć nikogo, choćby z Pcimia, z którego pochodzi babka Johna Cleesa, czy Krośniewic, z którym począczyłoby Was więcej niż 6 podań ręki. A to tylko namiastka gęstej sieci, którą wytwarzamy komunikując się z całym światem. Praca, szkoła, fora internetowe. „Gęstość” dzisiejszej globalnej wioski zdewaluowała wnioski badań przeprowadzanych 30 lat temu. Dzisiaj, aby skontaktować się z dowolną osobą na świecie potrzebne są może 3, może 4 podania ręki. Jesteśmy tymi, z którymi się w swoim życiu zetknęliśmy, pisał klasyk. Podobnie nasza kultura, jest tym, z czym się zetknęła.
Czy Malinowski powiedziałby dzisiaj, że kultura narodu, to 10 % „samowytworzenia” i 90 % dyfuzji? Może powiedziałby, ze kultura narodu utonęła w globalnym oceanie komunikacyjnym, a zostało tylko po niej tylko wspomnienie.
A suwerenność? Suwerenność jest dzisiaj takim samym złudzeniem jak produkcja kultury przez Naród. Państwo istnieje w globalnym otoczeniu „podawanych rąk” ponadnarodowych organizacji, traktatów, kart. Znajduje się na szkiełku pod mikroskopem międzynarodowej opinii publicznej. Targane jest falami kapitału i międzynarodowego terroryzmu, który nie pyta o suwerenność ofiary. Zgadzam się w pełni z Sadurskim, który mówi, że Jellinkowska koncepcja państwa jako jedni terytorium, władzy i ludności się zdewaluowała. Opisywała ona świat, w którym tworzył Jellinek, jednak od tamtego czasu minęło kilka chwil. Centra władzy przesunęły się do międzynarodowych korporacji, do ponadnarodowych organizacji. Ludność mająca dostęp do ogromu informacji tworzy własną tożsamość w oparciu o różne kryteria, nie tylko o idee narodu, czy suwerenności. Po narodzinach Internetu terytorium również straciło na znaczeniu. Ogromna część ludzkiej aktywności przeniosła się w miejsce, którego-nie-ma. Jellinkowska koncepcja rozwarstwiła się jak cebula. Pluralizm zmiótł jednorodność.
Śmiesznie dzisiaj brzmią słowa o interesie narodowym, o ojczyźnie, o zdradzie. Co te słowa dzisiaj właściwie znaczą? Są reliktem historii. Niegdyś miały swoje zastosowanie, ponieważ odnosiły się do istniejącej rzeczywistości społecznej. Władza-terytorium-ludność było otoczeniem, w którym miały one zastosowanie. Dzisiaj dywagacje o Judaszach i srebrnikach mają się jak pięść do oka w dyskusji o rzeczywistości społeczno-politycznej. Są one zupełnie nierelewantne, jałowe. Ktoś (niestety nie pamiętam, kto) niedawno na Salonie pisał o granicach lojalności obrzucając błotem Geremka. Pogodziwszy się z racjonalnymi przesłankami dotyczącymi śmierci narodów brnął ów ktoś w odwołania natury plemiennej. Nasz, to ten, który jest lojalny. Reszta jest Judaszem.
Suwerenność, będąca częścią szerszego, nazwijmy to, narodowego dyskursu, jest konstruktem, do którego można się odwoływać tworząc własną tożsamość. Dzisiaj nie jest to element dominujący tożsamości, a dla wielu (tak i dla mnie) mało istotny, acz nie nieważny. Takie to nadeszły czasy i raczej się nie zmienią, czy to się „państwowcom” podoba, czy nie. Państwo suwerenne, będące dzieckiem Traktatu Westfalskiego, podobnie jak państwo narodowe będące dzieckiem rewolucji połowy XIX wieku może ewoluować, mutować, a nawet dokonać żywota na cmentarzu historii.


Komentarze
Pokaż komentarze (23)