Przed ponad godziną wróciłem z kina. Decyzja o obejrzeniu tego filmu była spontaniczna i muszę przyznać, że nie zawiodłem się. Nie będę opowiadał tu treści filmu. Kto chce, niech zajrzy do jakiejś biografii Edith.
Największą siłą tego filmu jest Marion Cotillard, która zagrała główną rolę. jej upodobnienie się do Piaf jest bardzo udane. Wpisuje się ona w styl kreacji, jakie stworzyli Philip Seymour Hoffman ("Capote"), Jamie Foxx ("Ray") czy Krystyna Feldman ("Mój Nikifor"). Jej gra jest fascynująca i wzruszająca, szczególnie gra jej oczu. Cotillard cudownie pokazuje, jak to jest czuć się szczęśliwym, przeżywać miłość czy tragedię. Jej gra zasługuje na najbardziej prestiżowe nagrody.
Kolejną siłą tego obrazu są piosenki Edith Piaf. Powiem jedno: wszelkie Spice Girls, Britney Spears, Dody, Mandaryny, Chylińskie czy inne Paris Hilton przeminą, ale siła głosu tej drobniutkiej kobiety będzie jeszcze trwać bardzo długo.
Film ten nie jest typową biografią. Fragmenty życia Edith Piaf są porozrzucane, pełno w tym obrazie dygresji, przeskoków. Ale dla mnie jest to kolejny plus tego filmu i nie robiłbym z takiej techniki tragedii.
Myślę, że w Polsce również mógłby powstać tego typu film. Może by tak któryś ze scenarzystów wziął na warsztat życiorys Eugeniusza Bodo? Mógłby wyjść z tego całkiem przyzwoity film biograficzny.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)