Jakiś czas temu (a to było dawno i nieprawda ;-) ) przez Salon przewinęła się mała dyskusja dotycząca sztuki Tony'ego Kushnera pt. "Anioły w Ameryce" i jej telewizyjnej ekranizacji wyreżyserowanej przez Mike'a Nicholsa. Po tej dyskusji postanowiłem osobiście przekonać się, czym ten serial naprawdę jest. Wypożyczyłem więc go na DVD, bo niestety nie mam dostępu do TVN siedem.
Krótko mówiąc jest to film o relacjach międzyludzkich w obliczu dość kryzysowych sytuacji. To próba zaobserwowania ludzi wobec pogodzenia się lub nie ze swoim losem. Opowiada on o nowojorskim środowisku homoseksualnym połowy lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. To czas, w którym rozpędu nabierała pandemia AIDS. Pierwotnie miała być to opowieść o ostatnich dniach życia Roya Cohna (postać wzorowana na prawdziwej osobie) - prawnika, kryptogeja, który zaraził się HIV. W końcu jednak sztuka przerodziła się w coś szerszego i w konsekwencji opowiada ona historię różnych osób zmagających się nie tylko z chorobą, ale również z akceptacją drugiego człowieka nie tylko jako homoseksualisty, ale jako człowieka ogólnie. Bo tu tak naprawdę nie ma osoby idealnej, która nie miałaby problemów z przyjęciem drugiej osoby jako daru. Z akceptacją ma problemy Belize (pielęgniarz gej) wobec Cohna, Prior (kolejny główny bohater sztuki) wobec Hannah (matka Josepha, gorliwa mormonka) i vice versa. Tego typu relacji jest więcej. Nie chcę tu tego wyliczać. Najciekawszym jednak problemem w kwestii akceptacji mają tytułowi aniołowie wobec ludzi. Są oni zazdrośni o to, że Bóg bardziej zafascynował się ludźmi niż nimi, a przez to opuścił On Niebo. Nie będę tutaj rozwlekał się na temat poprawności teologicznej tego typu podejścia, ponieważ nie czas i miejsce na to.
Sztuka Kushnera jest zaangażowana politycznie, co w serialu powoduje niemały zgrzyt. Została ona napisana w latach 80-tych i dzisiaj pewne teksty o politycznym nacechowaniu powodują lekki zgrzyt, trącą myszką i są niemiłosiernie nadmuchane. I osobiście mnie to drażniło.
Sam serial mimo tego minusa jest w moim odczuciu majstersztykiem, który jest zasługą ekipy. I tak brawa należą się Mike'owi Nicholsowi za ciekawy klimat filmu. Co mnie zauroczyło, to niewątpliwie muzyka Thomasa Newmana, szczególnie motyw przewodni. Kolejny techniczny plus to znakomite zdjęcia Stephena Goldblatta (szczególnie ciekawa wizja Nieba) oraz efekty specjalne.
Co do ról aktorskich to według mnie najlepiej wypadł Jeffrey Wright, który zagrał Pana Ściemniacza oraz Belize i jednego z Aniołów. Wright to aktor niestety niedoceniany. W "Aniołach..." zagrał wybitnie wcielając się dwie diametralnie różne postaci. Takie samo mistrzostwo jest udziałem niezastąpionej Meryl Streep, wcielającej się w postać rabina, Ethel Rosenberg oraz Hannah. No i nie miał racji Truman Capote mówiąc, że Streep nie ma za grosz talentu. Ciekawą rolę miał do zagrania Justin Kirk, który wcielił się w Priora - człowieka chorego na AIDS, którego opuszcza partner i równocześnie człowieka, któremu objawia się Anioł. Patrick Wilson też miał do zagrania dość skomplikowaną postać. Grał on bowiem konserwatywnego prawnika, mormona, geja, który nie potrafi siebie zaakceptować i który równocześnie zmaga się ze swoją żoną, a żona z nim.
Ogólnie rzecz ujmując - projekcja "Aniołów w Ameryce" była dla mnie dość ciekawym doświadczeniem. Spojrzałem na to nieco pod innym kątem niż można by było.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)